RSS
czwartek, 28 czerwca 2012
Kasa kasa kasa

Znajoma pochwaliła się w social networku, że sprzedała legendarne wirtualne gacie w Diablo III za 170 prawdziwych funtów brytyjskich.

Przy okazji dyskusji, która się w związku z tym rozwinęła, zakwestionowana została poczytalność kupującego. Podobne też były reakcje osób, którym tę anegdotkę przytaczałem.

Ośmielam się głośno sprzeciwić opiniom, że oto świat schodzi na psy, a ludziom się coś w główkach przestawia. I pozwalam sobie przytoczyć kilka niezależnych argumentów na poparcie swojej tezy, że tak naprawdę wszystko jest w porządku:

  1. Koleś, który kupuje wirtualne portki dla swojej postaci tylko po to, żeby w nich paradować po wirtualnym mieście w niczym nie różni się od faceta, który dla szpanu albo dla mody kupuje designerskie ciuchy albo buty z logo znanego dyktatora mody. Ludzie robili to od zawsze, tego typu szpan nie jest wymysłem XXI wieku, a świat nie tylko nie zszedł na psy, ale ma się całkiem nieźle (sans produkty firmy Apple).
    I niech mi nikt nie wciska kitu, że designerskie ciuchy są lepszej jakości od niedesignerskich. Do pewnego poziomu tak, ale te naprawdę wystawne (epickie czy legendarne, jak byśmy powiedzieli w grach MMO) już takie lepsze wcale nie są, a często wręcz przeciwnie. 
  2. Powiem więcej, nabywca tych cyfrowych spodni jest tak naprawdę o wiele zdrowszy na rozumie od snoba kupującego kolejny frak do powieszenia w szafie, bo wcale nie będzie w swoim zakupie wyłącznie paradować po mieście, ale użyje ich jako narzędzia do sprawniejszego wykonywania zajęć w swoim ulubionym hobby - czyli do zabijania smoków.
  3. I tu dochodzimy do kwestii sportu. Ktoś powiedział, że to niesportowe i nie ma satysfakcji z zabawy ani własnych osiągnięć. Też tak zawsze uważałem. Ale w momencie kiedy waluta wirtualna stała się oficjalnie wymienialna (bo nieoficjalnie to była zawsze w prawie każdej grze MMO z wystarczająco dużą bazą graczy), taki argument traci sens. Po pierwsze dlatego, że jakoś nie podnosiliśmy tego argumentu przy kupowaniu wirtualnych itemów za wirtualną kasę, mozolnie wyfarmioną w grze - a teraz różnica między kasą wirtualną a "rzeczywistą" się rozmywa. A po drugie... tu będzie anegdotka: W zeszłym tygodniu byłem w Tatrach na wycieczce pieszej. 12h łażenia, X kilometrów w poziomie, Y w pionie, ekstremalne zmęczenie, spalenie skóry (bo spodziewaliśmy się deszczu, a nie prażącego słońca) itd. Można by powiedzieć - głupota, a nie wypoczynek czy rozsądne spędzanie czasu. Ale podobnie, jak z grami komputerowymi, w hobby nie chodzi wyłącznie o rozsądek, ale m.in. o satysfakcję. 
    Rzecz w tym, że na miejsce, gdzie zaczynał się szlak, dojechaliśmy samochodem, płacąc ciężkimi "prawdziwymi" pieniędzmi za benzynę. A przecież mogliśmy dojść pieszo. Kupione na aukcji supergacie na supersmoki są tym samochodem. Pewnie, koleś mógłby je sobie sam wyfarmić, zanim by na te supersmoki polazł, ale uznał, że to zbyt żmudne, zbyt czasochłonne i wystarczy mu satysfakcji, jeśli przeskoczy ten etap grindu/farmy. Tak samo, jak my odpuściliśmy spacer wzdłuż zakopianki, chociaż na pewno byłoby to niecodzienne osiągnięcie.
    To jest dość istotna sprawa: satysfakcja z gry jest rzeczą subiektywną. Dla każdego granica, po której ta satysfakcja znika, jest w innym miejscu. Jednym wystarczy przejście na poziomie easy, a nawet po wpisaniu IDDQD, a inni cisną na hard, ale bez zabijania wrogów, z rękami zawiązanymi za plecami i wyłączonym monitorem. Oczywiście, gdzieś tam są jeszcze "dziwki acziwmentowe", dla których liczy się lans (a kto grał ze mną w WoW wie, jak ważne były dla mnie smoki za "Glory of..." i oryginalne misie z ZulAmanu), ale generalnie gramy każdy dla siebie i sami sobie ustawiamy poprzeczki. 
  4. Kolejna sprawa: "No, ale przecież to wirtualne, to tylko kilka pikseli, bitów, cząstek informacji, szkoda na to prawdziwych pieniędzy". HELLOU.
    Gdybym miał podliczyć, ile ciężko zarobionych złotówek wydałem na dobra wirtualne - książki, muzykę, filmy (obejrzane w kinie!), gry komputerowe... Ile kasy wydałem na przeróżne hobby, nawet na to, żeby wejść do tatrzańskiego parku narodowego... Umówmy się, że powyżej pewnej warstwy w piramidzie potrzeb ten argument nie jest wcale taki poważny. Ani jego druga strona: "ale płacisz za wirtualne bity na serwerach Blizzarda, prywatnej firmy". 
    Nie jestem prezesem dużej partii opozycyjnej i jak każdy normalny człowiek, trzymam pieniądze w banku, w postaci wirtualnych bitów i jakoś nie jest to powodem do wytykania palcami. A osobom, którym się wydaje, że Blizzardowi nie można ufać przypomnę trwającą od roku akcję panicznego wyciągania gotówki z greckich banków. EURO. Z europejskich banków. HELLOU AGAIN. 
  5. Ostatnim, ale nie najmniej ważnym argumentem jest fakt, że w Diablo III nie ma mechanizmu bindowania itemu po założeniu. To oznacza, że jak się znudzi, to można odsprzedać. Oczywiście najprawdopodobniej za niższą cenę, bo powoli rynek tymi przedmiotami nasiąka i popyt maleje, a poza tym Blizzard ściąga swój kilkunastoprocentowy haracz, ale zawsze. I nikogo nie będzie obchodzić, że z secondhandu. Paaaanie, funkielnówka nieśmigana, niebita i nieporysowana.

... i dlatego, Wysoki Sądzie, uważam, że w handlu wirtualnymi dobrami za "prawdziwe" pieniądze nie ma absolutnie nic zdrożnego. 

Na zdrowie!

(See what I did here w ostatnim zdaniu? Tak, przygotujmy się lepiej na to, że coraz częściej sądy będą musiały się zmierzać ze sprawami o przywłaszczenie takich wirtualnych gaci) 

sobota, 18 lutego 2012
60 dni minęło / I am disappoint.

I pomyśleć, że w recenzji SW:TOR pisałem, że ta gra ma szansę zaszkodzić pozycji WoW. Gdzie ja miałem głowę? Czemu nie pomyślałem, że przecież EA jest tak chytre na kasę, że wypuści produkt maksymalnie nieprzemyślany i niedopracowany? Że Bioware nie będzie miało tyle charyzmy, żeby powiedzieć „it’s done when it’s done” i przymknie oko na ewidentne braki, byle tylko skasować dolary i euro od frajerów znudzonych WoW-em?

Dzisiaj wygasł mi abonament, grałem w sumie 60 dni, dociągnąłem do end-game (chociaż rajdów nie zobaczyłem... pierwszy mieliśmy umówiony na jutro) i uznałem, że niech się walą, nie czuję już chęci płacenia 60pln miesięcznie za możliwość oglądania wszechobecnych ekranów ładowania, mozolnego biegania po bezsensownych śluzach i olbrzymich (chociaż wszystkich identycznych) portach kosmicznych, czekania godzinami na zebranie składu na jakąś misję, a na końcu męczenia się z bardzo niskim framerate’m.

Jasne, wylewelowaniu swojej postaci poświęciłem ok 200-250h i ta single-playerowa fabuła była całkiem całkiem. I nawet chętnie poznałbym pozostałe 7 historii (bo SW:TOR to po cztery klasy Imperium i Republiki, a więc osiem niezależnych, chociaż przeplatających się opowieści), ale nie widzę powodu, aby płacić za produkt tak żenująco słaby.

Argument o tym, że przecież WoW na początku też był słaby, odrzucam jako głupi. WoW startował jakieś 7 lat temu i dużo od tamtego czasu się zmieniło. W szczególności producenci SW:TOR-a mieli się od kogo uczyć. Zdecydowali się wydać syf – szkoda.

Wkurzam się, gdy twórcom gier wydaje się, że „mamy dużo wybuchów, fabuła nie musi mieć sensu”. Ale jeszcze bardziej się wkurzam, gdy myślą, że „mamy świetną historię, gra nie musi być dopracowana”.

Smutno mi tym bardziej, że miałem szczerą nadzieję na powrót do rajdowania... Smutno mi, bo założyłem gildię, zebrałem w niej ze dwie dychy fajnych ludzi, a teraz odrzuca mnie na samą myśl o zapłaceniu za kolejny miesiąc i męczeniu się ze źle napisanym programem komputerowym.

Może się jeszcze przekonam, ale marnie to widzę. Wstyd, Bioware. Nieprędko coś od was kupię. 

piątek, 30 grudnia 2011
Jasny gwint, ciemna śrubka

Nie pytaj, co Republika może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Republiki.

Stało się, z pełną świadomością, czym to grozi, zakupiłem najnowsze MMO, które w końcu ma zdetronizować WoW-a. Każde jedno miało takie górnolotne marzenia: LotR Online, Warhammer Online, Age of Conan, nawet Rift. Każde poległo. Czy Star Wars: The Old Republic da radę? Nie sądzę, ale mimo to fajnie się, póki co, gra. Niedługo pewnie skrobnę na ten temat coś na Technopolis, ale wpierw dobiję jakiś przyzwoity level :)

Ale ja nie o tym: otóż MMO ma to do siebie, że fajnie się gra ze znajomymi. W SW:TOR akurat nie trzeba, bo jest silnie nastawione na jednoosobową zabawę, ale można i warto.

Z kilkoma (w tej chwili jakieś 7 osób) znajomymi z WoW, z Shadowsonga, założyliśmy gildię na serwerze "The Shadow Runner" (po stronie Republiki) - na razie o charakterze social/leveling, ale z ambicjami na jakiś ciekawy endgame w przyszłości.

Jeśli zatem, szanowny potencjalny czytelniku, masz ochotę na zabawę w dojrzałym gronie (25+ lat), serdecznie zapraszamy.

Kontakt na serwerze: Zuomot (jak mnie nie będzie, to ktokolwiek z gildii "Jasny Gwint")

 

 

wtorek, 13 grudnia 2011
Teraz już z górki

Akurat dzisiaj ("trzynasty grudnia! pamiętamy!") przestałem być facetem po trzydziestce i zostałem facetem przed czterdziestką. W związku z tym zrobiłem sobie prezencik, który przyszedł kilka dni temu, ale pokornie czekał do rozpakowania do dzisiaj.

I gdy inni faceci w ramach midlajf crajzisu kupują sobie SUVy albo choppery, ja znowu udowodniłem otoczeniu (które nie rozumie), że może i mam 35 lat (chociaż wyglądam na 25), to miewam zachcianki pięciolatka. Bo przecież to niemożliwe, żeby dorosły facet ekscytował się grami komputerowymi i opowiadanymi przez nie historiami.

Proszę Państwa, właśnie otwarłem piękne i dobre "Poświęcenie i inne parą napędzane historie":

 

A na pierwszej, ładnej, szarej stronie przedmowa od samego Saxtona Hale'a:

When Valve first asked me to write the foreword to this picture book, I told them they should get a child to write it, since only children would be reading it. In fact, I told them, why not skip it altogether? In my experience, children have tiny brains and, let's be honest, would buy a plate of their own excrement if you painted it bright red. It's called "going past the sale."

Then they told me they expected adults to buy this nonsense, and I smelled profit. why? Adults have more money than children.

So to you I say welcome, low-functioning adult. I apologize that this page doesn't have any pictures in it. If it helps, I CAN TALK IN ALL CAPS AND USE SMALL WORDS. YOU WILL LIKE THIS BOOK. IT HAS A LOT OF COLORS. GIVE ME YOUR MONEY.

(...)

 

I w tym momencie już wiem, że ten zakup był wart każdego pensa. 

niedziela, 20 listopada 2011
Wielki rozczar

Tuż po tym, jak na Technopolis opublikowałem artykulik o powieściach Neala Stephensona (w ramach rozgrzewki przed Deus Ex), świat ujrzała kolejna książka mojego ulubionego autora: Reamde.

Ponieważ wydawnictwo Mag, które wydaje u nas Stephensona, nie było uprzejme odpowiedzieć pytanie "kiedy po polsku", wziąłem i zamówiłem w angielskim Amazonie wersję oryginalną.

No bo przecież złoto! ekonomia! zaszyfrowane pliki! informatyka! Coś, co Stephenson udowodnił, że umie fascynująco opisywać. A do tego jeszcze gry MMORPG i chińscy farmerzy golda. Wydawałoby się to pozycją obowiązkową, jeśli nie kandydatem do Mojej Nowej Ulubionej Książki. 

... i tak czytam to Reamde i czytam... Drugi miesiąc minie niedługo, a ja jestem dopiero w 3/4 i zmuszam się, żeby brnąć dalej. I z każdym rozdziałem odczuwam coraz większe rozczarowanie. Liczyłem na genialne stephensonowskie dygresje, na fascynujące wycieczki w świat nauki i techniki, zmuszające do wytężonego wysiłku wszystkie szare komórki. Błyskotliwe dialogi i dawkę dobrego, ciętego humoru. Bo do tego mnie autor Peanatemy przyzwyczaił.

Tymczasem dostałem coś, co jest w większej części napakowanym akcją thrillerem szpiegowskim. Co strzelaninami, bójkami i zwrotami akcji mogłoby obdarować ze dwa sezony serialu 24. I co dzieje się w podobnym tempie - czasami opis wszystkich wydarzeń danej godziny czyta się właśnie przez godzinę, jak w przygodach Jacka Bauera. Teoretycznie taka książka powinna być fajna do wchłaniania - tym bardziej, że przecież Zodiak, najstarsza z wydanych w Polsce powieść Stephensona, jest przykładem bardzo fajnego, pełnego akcji page-turnera. Ale niestety, ilość akcji w Reamde i szczegółowość opisów powodują szybkie znudzenie i myśli typu "jejku, przejdźmy już to i zobaczmy co istotnego się tam dalej dzieje".

Żeby jeszcze chociaż godnie został potraktowany temat T'Rain - gry, która w świecie książki pobiła popularnością World of Warcraft i w której (oraz dookoła której) toczy się spora część akcji. Ale niestety - i tu mam największy żal do autora - ta przedstawiona gra absolutnie nie byłaby grywalna. Nawet gdyby przyjąć bardzo śmiałe założenie, że technologia nie jest barierą i przedstawione w książce elementy gry jakimś cudem dałoby się zaimplementować (bo w naszym realnym świecie jest to awykonalne), to jej założenia i userfriendlność byłyby po prostu odpychające i zbyt trudne do ogarnięcia w środowisku MMO. Jako doświadczony programista (co prawda nie gier, ale) i weteran WoW'a, który liznął też kilka innych MMORPG-ów, poczułem się jakby autor dał mi w ryj. Tak, jak zazwyczaj się czuję oglądając "informatyków" i "hakerów" w przeciętnej hollywoodzkiej (albo polskiej, hihi) produkcji. Neal Stephenson pokazał wcześniej niejednokrotnie, że potrafi o nauce i technice pisać ciekawie i z sensem, a tym razem po prostu haniebnie zawalił pracę domową.

Smutek i rozczarowanie. Pęknięte serduszko i rzeka łez. Pocieszam się jeszcze myślą, że może po prostu nie łapię angielskiego na tyle dobrze, żeby tę książkę zrozumieć. Ale jakoś bez przekonania...

sobota, 10 września 2011
Mandelbrot Set, you are one badass fucking fractal

Just take a point called Z in the complex plane 
Let Z1 be Z squared plus C 
And Z2 is Z1 squared plus C 
And Z3 is Z2 squared plus C and so on 
If the series of Z's should always stay 
Close to Z and never trend away 
That point is in the Mandelbrot Set 


[w wideo jest tylko kawałek piosenki, ale polecam poszukać lub kupić całą]

 

Dziś dla odmiany nie do końca o grach. 

O tym, że Jonathan Coulton jest pieprzonym geniuszem, wiedziałem od dawna. Ale nie wiem, jak to się stało, że dopiero dzisiaj trafiłem na piosenkę o fraktalu Mandelbrota.

Tak się akurat złożyło, że niedawno pisałem na Technopolis o Nealu Stephensonie (w kontekście cyberpunku i najnowszego Deusa) gdzie przy okazji dałem wyraz swojemu entuzjastycznemu stosunkowi do nauki i techniki. I dokładnie ten sam zachwyt, który towarzyszy mi podczas lektur Stephensona, odczuwam słuchając piosenki o zbiorze Mandelbrota. (A przy okazji - najnowszy Stephenson, "Reamde", o chińskich farmerach golda w MMORPG, już do mnie leci z amazon.co.uk, tralalalalala).

 

Profesor Mandelbrot z tekstem piosenki Coultona. Podobno był pod wrażeniem

Benoit Mandelbrot opuścił ten świat niecały rok temu, w wieku 85 lat. Pozostawił go bardziej zrozumiałym. 

 

He gave us order out of chaos, he gave us hope where there was none
His geometry succeeds where others fail
So if you ever lose your way, a butterfly will flap its wings
From a million miles away, a little miracle will come to take you home


wtorek, 06 września 2011
Zdobywca i mistrz intelektu

Takie cuś mi wyszło:

Your BrainHex Class

Your BrainHex Class is Conqueror.
Your BrainHex Sub-Class is Conqueror-Mastermind.

You like defeating impossibly difficult foes, struggling until you eventually achieve victory, and beating other players as well as solving puzzles and devising strategies.
According to your results, there are few play experiences that you strongly dislike.

Learn more about your classes and exceptions at BrainHex.com.

Your scores for each of the classes in this test were as follows:

Conqueror: 16
Mastermind: 14
Seeker: 14
Socialiser: 11
Daredevil: 5
Achiever: 5
Survivor: 3
Go to BrainHex.com to learn more about this player model, and the neurobiological research behind it.

 

Nie jestem przekonany, coś musiałem wypełnić źle :/

Z drugiej strony - trochę brakuje mi rajdowania w WoW, i tych tygodni wipe-ów na nowych bossach, obmyślania nowych taktyk i podejść, i tych chwil, gdy następowała legendarna "ostatnia próba", kiedy nagle wszystko się udawało, a w słuchawkach słychać było ryk 20 gardeł...

PvE z fajnymi ludźmi > PvP z obcymi.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Gry dla młodocianych

Polygamia właśnie zastanawia się, jaką grę jako pierwszą należy pokazać dziecku. Co prawda w tym temacie jestem jak ten niepraktykujący gawędziarz, bo mnie akurat Dobra Bozia w swojej nieskończonej mądrości postanowiła nie błogosławić potomstwem, ale też mam jakieś własne zdanie.

Z własnego doświadczenia z 1985 roku chciałbym odpowiedzieć na powyższe pytanie tak: żadnej, niech se gówniarz sam coś napisze.

Miałem to szczęście, że ojciec miał znajomego (85 rok, rozumiecie, jak się chciało coś mieć, to się najpierw musiało mieć znajomego), który przywiózł z Austrii nowiusieńkiego ZX81, na który tam już nie było zbytu, no bo Spectrum. W ten sposób mój pierwszy personal computer pojawił się w domu, ale bez gier, za to z kserem ksera ksera jakiegoś podręcznika z listingami prostych programików typu FOR...NEXT, IF...THEN itp i instrukcjami w pięknym języku Goethego. Był nawet listing programiku typu zbijanie cegieł w murze.

Się chciało pograć, se trzeba program wklepać (potem można było go zgrać na magnetofon, ale nie było gwarancji, że się wczyta z powrotem). Dość szybko się nauczyłem najpierw powyższą grę hakować ( lol ) żeby mieć więcej żyć, a potem, metodą prób i błędów pisać własne programy (czytaj: gry), w które (9 letnim szczenięciem będąc) kazałem grać wszystkim dookoła.

Gdy już cały 1 kilobajt pamięci RAM, który oddawał do dyspozycji programisty ZX81, udało mi się wykorzystać na wszelkie sposoby, jakie mi wtedy przychodziły do głowy, w domu pojawił się ZXSpectrum. 48KB! Na Trumienkę gier było mnóstwo, ale i tak dużo czasu spędziłem nad własnymi programikami w Basicu (a później w assemblerze). A jak coś przeskrobałem, to zamiast, jak inne dzieci mieć szlaban na wyjście na dwór, rodzice zabierali mi i chowali kabel łączący komputer z telewizorem.

Kołacze mi się w zawodnej pamięci taka sytuacja, gdy ten kabel się przetarł, a ja udowodniłem rodzicom, że nie potrzebuję ekranu, żeby się dobrze bawić i "po ciemku" napisałem prosty program odgrywający "Sto lat" (co tam, że fałszując). I ten wyraz twarzy matki, ta załamka wymieszana z dumą...

Teraz, szanowni ewentualni czytelnicy - nie namawiam was do zmuszania swoich pociech do pisania jakichś zaawansowanych programów, tym bardziej, że chyba kontakt z grami dzieciaki zaczynają mieć zanim zaczną rozróżniać litery. Jednak wziąwszy pod uwagę fakt, że informatyka będzie pewnie najistotniejszą dziedziną nauki i techniki XXI wieku i po prostu nie da się przed nią uciec, może jednak warto zainwestować w nauczenie młodego pokolenia elementarnych podstaw sztuki, która będzie rządzić ich życiem?

Nauka poprzez zabawę, lub gdy zabawa jest bezpośrednim wynikiem nauczenia się czegoś, wydaje mi się jednym z lepszych rozwiązań... Marzy mi się napisanie kiedyś "Ilustrowanego lekcyjonarza każdej młodej damy", może wtedy nie będziemy musieli czytać w gazetach żenujących liścików licealistek, które nie poradziły sobie z banalnymi zadaniami na maturze z matmy?

W końcu scientia potentia est; skoro dzieciaki i tak będą grać, niech przy okazji mają z tego coś, co im w życiu pomoże.

piątek, 17 czerwca 2011
Gra, która, mam nadzieję, nie powstanie.

Polygamia wspomniała niedawno o tworzonej podobno grze o Powstaniu Warszawskim 1944. Niby spoko fajnie, pomyślałem sobie. I aż do wczoraj sądziłem, że to niezły sposób na promocję polskiej wersji jakiegoś tam kawałka historii II Wojny Światowej. (Przy okazji: ciągle żałuję, że nie odwiedziłem jeszcze Muzeum Powstania Warszawskiego, ale wyjazd w tym celu z Krakowa jakoś okazuje się nie taką łatwą sprawą)

Tymczasem wczoraj obejrzałem sobie trailer "wielkiej superprodukcji 3D" pana Hoffmana (to ten kolo od trylogii Sienkiewicza) pod tytułem "1920 Bitwa Warszawska".

Dużo miłości, dużo bitew, ułani i napierdalanka wte i wewte. Romantyzm i konie. Konie i romantyzm. I księża. DKJP, jakby powiedział Miauczyński. Szkoła Poetów.

I w całym trailerze ani pół słowa o prawdziwej przyczynie wygrania tej wojny.

Film o wojnie 1920, w którym nie ma mowy o genialnej pracy polskich matematyków i kryptoanalityków nie ma dla mnie racji bytu, po prostu. Nie dam ani złotówki i nie przyłożę ręki do promocji takiej Polski, w której liczy się tylko to, kto potrafi się lepiej stukać z sąsiadami.
Czemu nigdy nie możemy się chwalić tym, że miewamy w narodzie geniuszy, a nie samych ułanów z ułańską fantazją, którzy nadają się tylko do tego, aby się z kimś pobić? 

I tak sobie myślę o tym, jak historię tej biednej Polski widzą filmowcy. A nawet jak ją widzą kolesie od PR (kojarzycie pewnie jeszcze bitewny filmik z Expo w Szanghaju firmy Płacisz Imasz, w którym przez tysiąc lat Polanie naparzają się z wszystkimi dookoła i nie robią w zasadzie nic konstruktywnego). I dochodzę do wniosku, że to ludzie tak zwanej kultury próbujący zajmować się tym, co uważają za naszą historię, są największą porażką tego narodu.

Bida i rozczarowanie.

Zniechęcony już jestem do jakichkolwiek przedstawień historii Polski w dziełach kultury. Dotyczy to także gier komputerowych. I jakoś nie wierzę, aby gra fimry DMD Enterprise miała to nastawienie zmienić. 

Noire bez noir

Próbuję zmęczyć L.A.Noire - drugie największe rozczarowanie półrocza (pierwszym jest bezapelacyjnie Duke, spuśćmy zasłonę milczenia).

Niestety L.A.Noire nie jest łatwe i mogę zmusić się do rozwiązania maksymalnie jednej sprawy na dwa dni. Gra nie ma sensu ani logiki i jest absurdalnie głupia. Jeżdżę sobie po L.A., kasuję pieszych, samochody, tramwaje (!!!) i ławki na chodnikach. Prawie każde pospolite wykroczenie "załatwiam" poprzez wystrzelanie wszystkich zaangażowanych, a podczas przesłuchań w poważnych sprawach nie tylko nie mogę podpuszczać podejrzanych, czy bawić się z partnerem w dobrego i złego glinę, ale nawet przywalić kolesiowi w celu zmiękczenia. Haaaalo? Co to ma wspólnego z prozą Chandlera czy Ellroya?

Podsumowaniem gry jest następująca scena (mały spoiler, niegroźny): Podchodzę do drzwi podejrzanej, słyszę jak kłóci się z jakimś facetem. Wpadam do pokoju, koleś lekko kobitę stuka, tak, że ta pada nieprzytomna. Chwila boksu i rozkładam faceta na łopatkach. Śpi, zmęczon okrutnie. Przeszukuję go. To jakiś Włoch (afair) pracujący dla lokalnego szefa wszystkich szefów, w kieszeni ma nożyk sprężynowy. I nie, nie zabieram mu tej kosy, TYLKO WKŁADAM Z POWROTEM DO JEGO KIESZENI, Z KTÓREJ JĄ WYJĄŁEM. Taki algorytm. Babka budzi się i zadaję jej kilka pytań, po chwili bandzior też wstaje i jest w miarę grzeczny. Wyprowadzam go z pokoju i wszyscy się rozstają. Pół godziny gry później koleś wbija rzeczoną kosę w rzeczoną panią. Och, jakie zaskoczenie.

Tak, cała gra jest taka mądra i przewrotna. Noir jak jasna cholera.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Moje teksty na Technopolis: