RSS
sobota, 22 stycznia 2011
Znajdź dziesięć różnic...

Zgodnie z zasadą "screenshot or it didn't happen" po kliknięciu na cytat pojawi się obrazek. Wytłuszczone fragmenty są najwyraźniej nieprzetłumaczalne:

He worked his ruler and his compass.  He inferred.  He deduced.  He scrutinized the fall of an apple, the twisting of metal orbs hanging from a thread. He was searching for the Princess, and he would not stop until he found her, for he was hungry.  He cut rats into pieces to examine their brains, implanted tungsten posts into the skulls of water-starved monkeys.

I wersja PL:

Używał linijki i kompasu. Wyciągał wnioski i dedukował. Poszukiwał Księżniczki i nie mógł przestać, aż jej nie znalazł.

 

To jest jeszcze gorsze, bo zmienia wydźwięk całej gry:

He scrutinized the fall of an apple, the twisting of metal orbs hanging from a thread. Through these clues he would find the Princess, see her face. After an especially fervent night of tinkering, he kneeled behind a bunker in the desert; he held a piece of welder's glass up to his eyes and waited.

On that moment hung eternity.  Time stood still.  Space contracted to a pinpoint.  It was as though the earth had opened and the skies split.  One felt as though he had been privileged to witness the Birth of the World…

Someone near him said: “It worked.”

Someone else said: “Now we are all sons of bitches.”

I znowu PL:

Dzięki tym wskazówkom odnalazł Księżniczkę, zobaczył jej twarz. Na moment zatrzymała się wieczność. Czas zamarł. Wszechświat skurczył się do wielkości główki szpilki. Poczuł, że Ziemia się otworzyła, a niebo podzieliło. Pomyślał, że otrzymał przywilej obserwowania Narodzin Świata. Chciał delektować się tą chwilą, zatrzymać jej magię i zostać w takim stanie na wieczność.

 

Mówi się, że tłumaczenia są jak kobiety: mogą być albo piękne albo wierne. Koleś, który tłumaczył Braida jest jak ta żaba z dowcipu, która mówi "przecież się nie rozdwoję".

Also, pozdrawiam forum tłumaczy :)

piątek, 14 stycznia 2011
Nigdy nie lubiłem elfów...

Siedzą tylko na tych swoich drzewkach i strugają swoje fujarki, a jak trzeba rozwiązać jakiś problem, to a) wybierają najmniej honorowy, najbardziej obrzydliwy sposób i b) zlecają wykonanie komuś innemu.

Na screenshocie: quest The Only Way Down is in a Body Bag, polegający najpierw na tym, aby zestrzelic orków latających na wywernach, a potem dobić, gdy spadając otworzą spadochrony.

Not cool.

środa, 12 stycznia 2011
Czas na Sen

Bycie skutecznie nakłonionym do wykorzystania zaległego urlopu ma swoje zalety. Można oddać się oglądaniu, graniu, pisaniu, czytaniu i śnieniu.

A jeśli chcieć robić to wszystko na raz, to tylko na Jawnych Snach, nowo powstałemu serwisowi Olafa Szewczyka (& compatibles). Który - w co wierzę - będzie nam dostarczać wiedzy o tym, co w grach jest wartościowe i piękne.

Witamy staropolskim GL HF. Good luck and have fun!

 

PS To już moja n-ta notka po kwartale siedzenia cicho. Niby obiecałem żonie, że w trakcie urlopu trochę się zajmę zaległymi pracami w mieszkaniu. Ale trochę szkoda życia na robienie pożytecznych rzeczy.

Kanon literacki, dziedzina: gry

Zakończyłem właśnie lekturę "Linii oporu" Jacka Dukaja, co skłoniło mnie do przejrzenia biblioteczki i zweryfikowania listy ważnych utworów literackich, w których gdry komputerowe pełniły kluczową rolę:

- "Gra Endera" O. S. Carda - oczywista klasyka. Gra jako medium, dzięki któremu obca rasa ratuje się przed całkowitym ksenocydem. Gra jako zalążek samoistnie rodzącej się sztucznej inteligencji.

- "Pojedynek" W. Gibsona - opowiadanie o człowieku, który zrobił za dużo, aby zostać mistrzem w grze wideo i o tym, że być może nie warto.

- "Diamentowy wiek" N. Stephensona - gdzie Ilustrowany lekcyjonarz każdej młodej damy grami wideo nie tylko uczy, bawi i wychowuje, ale też między innymi ratuje życie.

Teraz do tego kanonu dołączył Dukaj, opowieścią o świecie, gdzie gry są realniejsze od rzeczywistości, bo w nich przynajmniej chce się coś robić. Krótką notkę na ten temat zawiesiłem na Technopolis.

Jakie jeszcze tytuły powinny się znaleźć w tym zestawieniu?

wtorek, 11 stycznia 2011
Tron. Mit o stworzeniu lepszego świata.

Internauta Wiśniewski zachwyca się (słusznie!) nowym Tronem. I pięknym mitem o życiu samoistnie rodzącym się wewnątrz komputera.

Tak się składa, że akurat wczoraj w końcu udało mi się ten film obejrzeć i od tamtego czasu mój inner child ma na ryju uśmiech od ucha do ucha.

Ale tam, gdzie MRW mówi: "Ghost in the Shell", ja mówię "Avalon".

Bo jeszcze bardziej mnie porusza mit o istnieniu (lub stworzeniu) lepszego świata wewnątrz komputera, wewnątrz sieci, wewnątrz gry wideo. I próba odpowiedzi na pytanie, czy będzie nam lepiej tam (w duchu), czy tu (w gnoju)? Czy można być szczęśliwym w jednym świecie wiedząc o istnieniu drugiego?

W najważniejszej scenie pewnego bardzo ważnego filmu zdrajca mówi "ignorance is bliss", bo przeszkadza mu wiedza, że stek jest nieprawdziwy. Ma rację?

Wot, na takie melancholijne refleksje mnie naszło po obejrzeniu filmu, po którym spodziewałem się wyłącznie uczty dla oka i ucha. To będzie dobry rok, jeśli tak wspaniale się zaczął.

Tagi: film
11:58, zuomot
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 stycznia 2011
Multiplayer na konsolach? Wolne żarty.

Nie minie tydzień i okaże się, że przez kwartał nie było ani pół notki. A przecież nie jest tak, że nie ma w co grać - bo chociażby w PSN pojawił się kapitalny Tetris. W trybie wieloosobowym bardzo dynamiczna, wymagająca gierka (bo czy można to nazwać grą?).

Reguły zabawy wieloosobowej w tetrisie są proste - jeśli zrzucę 2, 3 lub 4 linie na raz, jeden z przeciwników dostanie bonusowo na dole odpowiednio 1, 2 lub 4 linie niepełne, co spowoduje, że cały usypany szajs podniesie mu się wyżej. Jeśli przeciwnicy będą na podobnym poziomie, będziemy sobie rzucać te ekstra linie co kilka (naście) sekund, aż ktoś popełni błąd i nie wygrzebie się już. Gdy runda się skończy (a zazwyczaj trwa ok 2-3 minut), mogę zagrać rewanż, co z reguły robię.

W pewnym momencie, po 10-20 grze, dochodzi potrzeba zsocjalizowania się z przeciwnikiem. Pogratulowania jakiejś ciekawej akcji albo chociaż napisania banalnego "/facepalm" po zrobieniu jakiejś głupoty. To jest normalne, że ludzie, którzy robią coś razem przez godzinę, chcą zamienić kilka słów. Chociażby podziękować za współzawodnictwo, albo zażartować na jakiś temat.

Na pececie nie ma nic prostszego - praktycznie każda gra obecnie ma coś w rodzaju czatu. Nawet flashówki miewają czaty, jeśli nie same w sobie, to przynajmniej wbudowane w serwisy, na których się znajdują - przeróżne kurniki czy kongregaty. Na PS3 mógłbym pewnie wyszukać gościa w Playstation Network, poprosić o dodanie do frendów, po czym wysłać maila... Ale wtedy pisanie "That was helluva fight last round, let's play one more" nie bardzo ma sens. I wątpię, żeby koleś pamiętał o co mi chodzi. I sam raczej nie przyjąłbym takiego zaproszenia do frendów od kogoś nieznajomego, bo nie lubię sobie social networków bezsensownie rozbudowywać.

Granie na konsolach nawet w trybie wieloosobowym jest... jednoosobowe. Każdy bawi się sobie sam, bez interakcji z innymi graczami. Zupełnie jakbym poszedł do nieznajomych na wieczorek brydża, pokerka czy nawet monopoly, i przez cały czas nie powiedział ani me ani be ani dzieńdobry ani dowidzenia, tylko palcem wskazywał, co chcę zrobić w grze. Jasne, da się. Ale jakoś to mało zachęcające.

W realu, po kilku wieczorkach z takimi wcześniej-nieznajomymi chętnie spotykam się z nimi raczej z powodów towarzyskich, a gramy przy okazji. Podobnie z ludźmi, z którymi grywam na pececie w Left 4 Dead 1 i 2. Tymczasem granie na PS3 zawsze wygląda tak samo - wbijam do gry, pomacham wajchami w ciszy i samotności i po jakimś czasie wyjdę... może wyżyty, ale raczej znudzony. A na koniec mogę do pozostałych graczy co najwyżej POMYŚLEĆ "kthxbai". Bo przekazać im tego już nie dam rady. kthxbai.

 

Moje teksty na Technopolis: