RSS
piątek, 23 kwietnia 2010
Polityka: Dozwolone od lat osiemnastu

Ja cię, mainstreamowe media zauważają, że gracze dorośli też mają swoje potrzeby: Całkiem niezły tekst (chociaż po łebkach, bo krótki) do przeczytania tutaj.

środa, 21 kwietnia 2010
Ekranizacja gry :)

Kopypasta z GameCornera, ale po prostu tak śliczna, że nie mogłem się powstrzymać.

Tagi: film
21:23, zuomot
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
E-gra-nizacje nie są gorsze od samych gier

W GameCornerze pojawiło się dziś QQ na temat tego, że nie ma dobrych ekranizacji gier komputerowych.

Bzdura za bzdurą. Poza oczywistym stwierdzeniem, że Uwe Boll robi żenująco słabe filmy, to problem leży w tym, że gry komputerowe są po prostu ciągle słabym materiałem na film.

Przykład: Max Payne - "Niestety ktoś uznał, że lepiej przyciąć historię i wrzucić parę fajnych strzelanin". Fabuła obu gier o Maksie Payne (i jej przedstawienie) jest dla mnie wzorcem, który powinien być wystawiony za szybką gdzieś w Sevres, aby designerzy i developerzy przychodzili i podziwiali, zanim się zabiorą za robienie swoich. I bez wahania poszedłem na ten film do kina. I nie zawiodłem się.

Dlaczego? Bo my, gracze, często tak się jaramy dobrą fabułą do gry, że po prostu zapominamy, że jest ona po prostu wypełniaczem głupiej, bezsensownej napierdalanki. W której bohater w pojedynkę (czasem w teamie, ale... sami wiecie, jak boty są pomocne - i tak wszystko musimy robić sami) zabija setkami takich czy innych wrogów. Gry o zajebiście dobrych fabułach (Max Payne, CoD4:MW, a nawet taki Another World) są de facto głupimi i naiwnymi strzelankami. I jeżeli na ich podstawie robiony jest film, to nie można od niego oczekiwać dzieła na miarę Almodovara czy nawet Tarantino. Bo wtedy film nie będzie na podstawie gry.

Często wręcz filmy są lepsze od gier. Dla przykładu - Mortal Kombat (pierwszy). Fabularnie głupi jak but... ale czy ktoś myślał, że fabuła MK jest mądra? Nie. Dlatego jak długo od gier będziemy oczekiwać głównie rozrywki, tak długo one po prostu nie będą dobrym materiałem na film.

niedziela, 18 kwietnia 2010
Gry mogą sprawić, że świat będzie lepszy

Przekonują mnie argumenty tej pani.

środa, 14 kwietnia 2010
Granie to sport. Ze wszystkimi jego wadami.

Massca na Zagraconych.pl popełnił ciekawy wpis sugerujący, że gry komputerowe nie są sportem, ponieważ nie łączą się z ruchem. Nie zgadzam się z tym zupełnie. Pomijając już oczywiste argumenty typu "Dance Dance Revolution" czy Wii Fit, sport oznacza dowolną aktywność (niekoniecznie fizyczną) związaną ze współzawodnictwem. A więc współczesne gry komputerowe również.

Po pierwsze: podobnie jak wiele sportów, gry wymagają tak refleksu jak i precyzji, talentu i nieraz długotrwałych treningów, wiedzy o dyscyplinie i szybkiej adaptacji taktyk. Jednym słowem "skilla".

Po drugie: w gry komputerowe w XXI wieku coraz rzadziej gra się samemu dla siebie. Owszem, ciągle zdarzają się takie przypadki, ale jednak coraz bardziej liczy się współzawodnictwo. Zrobić coś szybciej, lepiej, nabić więcej fragów, odblokować więcej "acziwmentów" itp.

Po trzecie: ESL i inne ligi. Starcraft jako niemal narodowa konkurencja w Korei Południowej. Organizacje zawodowe i całkiem amatorskie. Najlepsi gracze jako celebryci i twarze do reklamowania produktów. Afery związane ze sprzedawaniem meczy. Czy nie znamy tego z bardziej "tradycyjnych" sportów?

Po czwarte: Jeśli sportem jest brydż czy szachy, jeśli sportem są konkursy pianistyczne, to czemu nie gry komputerowe?

Oczywiście, niestety często spędzanie zbyt dużej ilości czasu przed monitorem czy telewizorem kończy się powolną utratą wzroku, otyłością, skoliozą czy atrofią mięśni (albo wszystkim na raz) i generalną szkodą dla zdrowia - ale nie oszukujmy się - profesjonalne uprawianie boksu czy futbolu amerykańskiego też nie ma ze zdrowiem wiele wspólnego. Nawet głupie bieganie może źle wpływać na stawy kolanowe.

Istotne jest to, aby umieć znaleźć proporcje między sportem a rekreacją. Co napisawszy, zapraszam wszystkich do ruszenia czterech liter z kanapy.

wtorek, 06 kwietnia 2010
Cenzura, niestety po amerykańsku.

Na początek dygresja:

Niewielu kolesi tak zaszkodziło zachodniej kulturze jak Jack Valenti. Facet był przez 40 lat szefem MPAA - amerykańskiej organizacji, która wśród innych haniebnych osiągnięć ma na swoim koncie system ratingowy służący ocenianiu filmów pod kątem dostępności dla dzieci. System ten działa de facto jak cenzura obyczajowa mówiąca, kiedy można pokazać włosy łonowe albo twarz kobiety podczas orgazmu, a kiedy nie. W szczególności można więcej, jeśli film jest produkowany przez wielkie studio, a nie wolno, jeśli filmem niezależnym, ale to inna bajka. Seks, przemoc i brzydkie słowa to jest to, na co teoretycznie MPAA powinno zwracać uwagę - niestety (dzięki specyficznym układom między Pentagonem, a Hollywood) przemocy w filmie (nieważne jak bardzo gore) może być od groma, zaś jeśli chodzi o słowo "fuck", to najlepiej, aby było co najwyżej jedno, więc trzeba starannie wybrać na nie miejsce. Problem w tym, że jeśli coś się MPAA nie podoba, zostaje oznaczone ratingiem NC-17 (No Children Under 17). W zasadzie oznacza to, że film jest w Stanach przegrany. Nie wolno go reklamować w normalnych mediach, nie można sprzedawać w największych sieciach handlowych, nie będzie wypożyczany w sieciach wypożyczalni etc. Uwaga: przemoc jest ok, seks jest be. To jest przekaz dla dojrzewającego amerykańskiego społeczeństwa. Cierpią na tym również ambitne produkcje artystyczne, a więc cierpi na tym nasza zachodnia kultura.

Teraz: dlaczego o tym piszę w blogu o grach? Bowiem te same reguły dotyczą gier komputerowych i systemu ratingowego ESRB. Uderzyło mnie to ostatnio przy okazji God of War III. Ta gra jest brutalna jak jasna cholera, nasz bohater morduje wszystko co się rusza (również "cywili") na dziesiątki chamskich sposobów, nie dając pardonu. Ale w scenie stosunku kamera nie pokazuje pary zajmującej się sobą, tylko obserwujące to służki. Gdzie sens, gdzie logika? Otóż chodzi o to, aby przez jakiś głupi przypadek nie podpaść pod kategorię Adults Only. Bo nie tylko nie będzie można sprzedać gry w Walmarcie, ale przede wszystkim ani Sony ani Microsoft nie dopuszczą jej na swoje konsole. To, że seks w grze może być albo zbędny, albo bezsensownie pokazany, to inna broszka - to się może tyczyć gier, ale może i filmów czy książek - wszystko jest kwestią smaku autorów. Może jednak być pokazany świetnie i mieć swoje uzasadnienie fabularne (że tak ponownie wspomnę "Heavy Raina").

Marzy mi się, aby kiedyś to Europa, z naszymi zdrowszymi wartościami moralnymi, stała się ważniejszym od USA ośrodkiem kulturalnym - zarówno jeśli chodzi o filmy, jak i gry komputerowe. Aby określenie "adult / dla dorosłych" nie oznaczało pornoli, tylko dzieła dla dojrzałych odbiorców, a odpowiednie ratingi nie dławiły ich jeszcze przed wejściem na rynek. PEGI > ESRB. (Osobną notkę strzelę niedługo o tym, że marzę, aby kiedyś PEGI było ściślej respektowane i aby gównażerii nie dopuszczać do gier z PEGI 18).

Pocieszam się, że zawsze mogło być gorzej i naszą kulturą popularną mogła rządzić Japonia. Ufff, ale nam się udało.

Moje teksty na Technopolis: