RSS
piątek, 17 czerwca 2011
Gra, która, mam nadzieję, nie powstanie.

Polygamia wspomniała niedawno o tworzonej podobno grze o Powstaniu Warszawskim 1944. Niby spoko fajnie, pomyślałem sobie. I aż do wczoraj sądziłem, że to niezły sposób na promocję polskiej wersji jakiegoś tam kawałka historii II Wojny Światowej. (Przy okazji: ciągle żałuję, że nie odwiedziłem jeszcze Muzeum Powstania Warszawskiego, ale wyjazd w tym celu z Krakowa jakoś okazuje się nie taką łatwą sprawą)

Tymczasem wczoraj obejrzałem sobie trailer "wielkiej superprodukcji 3D" pana Hoffmana (to ten kolo od trylogii Sienkiewicza) pod tytułem "1920 Bitwa Warszawska".

Dużo miłości, dużo bitew, ułani i napierdalanka wte i wewte. Romantyzm i konie. Konie i romantyzm. I księża. DKJP, jakby powiedział Miauczyński. Szkoła Poetów.

I w całym trailerze ani pół słowa o prawdziwej przyczynie wygrania tej wojny.

Film o wojnie 1920, w którym nie ma mowy o genialnej pracy polskich matematyków i kryptoanalityków nie ma dla mnie racji bytu, po prostu. Nie dam ani złotówki i nie przyłożę ręki do promocji takiej Polski, w której liczy się tylko to, kto potrafi się lepiej stukać z sąsiadami.
Czemu nigdy nie możemy się chwalić tym, że miewamy w narodzie geniuszy, a nie samych ułanów z ułańską fantazją, którzy nadają się tylko do tego, aby się z kimś pobić? 

I tak sobie myślę o tym, jak historię tej biednej Polski widzą filmowcy. A nawet jak ją widzą kolesie od PR (kojarzycie pewnie jeszcze bitewny filmik z Expo w Szanghaju firmy Płacisz Imasz, w którym przez tysiąc lat Polanie naparzają się z wszystkimi dookoła i nie robią w zasadzie nic konstruktywnego). I dochodzę do wniosku, że to ludzie tak zwanej kultury próbujący zajmować się tym, co uważają za naszą historię, są największą porażką tego narodu.

Bida i rozczarowanie.

Zniechęcony już jestem do jakichkolwiek przedstawień historii Polski w dziełach kultury. Dotyczy to także gier komputerowych. I jakoś nie wierzę, aby gra fimry DMD Enterprise miała to nastawienie zmienić. 

Noire bez noir

Próbuję zmęczyć L.A.Noire - drugie największe rozczarowanie półrocza (pierwszym jest bezapelacyjnie Duke, spuśćmy zasłonę milczenia).

Niestety L.A.Noire nie jest łatwe i mogę zmusić się do rozwiązania maksymalnie jednej sprawy na dwa dni. Gra nie ma sensu ani logiki i jest absurdalnie głupia. Jeżdżę sobie po L.A., kasuję pieszych, samochody, tramwaje (!!!) i ławki na chodnikach. Prawie każde pospolite wykroczenie "załatwiam" poprzez wystrzelanie wszystkich zaangażowanych, a podczas przesłuchań w poważnych sprawach nie tylko nie mogę podpuszczać podejrzanych, czy bawić się z partnerem w dobrego i złego glinę, ale nawet przywalić kolesiowi w celu zmiękczenia. Haaaalo? Co to ma wspólnego z prozą Chandlera czy Ellroya?

Podsumowaniem gry jest następująca scena (mały spoiler, niegroźny): Podchodzę do drzwi podejrzanej, słyszę jak kłóci się z jakimś facetem. Wpadam do pokoju, koleś lekko kobitę stuka, tak, że ta pada nieprzytomna. Chwila boksu i rozkładam faceta na łopatkach. Śpi, zmęczon okrutnie. Przeszukuję go. To jakiś Włoch (afair) pracujący dla lokalnego szefa wszystkich szefów, w kieszeni ma nożyk sprężynowy. I nie, nie zabieram mu tej kosy, TYLKO WKŁADAM Z POWROTEM DO JEGO KIESZENI, Z KTÓREJ JĄ WYJĄŁEM. Taki algorytm. Babka budzi się i zadaję jej kilka pytań, po chwili bandzior też wstaje i jest w miarę grzeczny. Wyprowadzam go z pokoju i wszyscy się rozstają. Pół godziny gry później koleś wbija rzeczoną kosę w rzeczoną panią. Och, jakie zaskoczenie.

Tak, cała gra jest taka mądra i przewrotna. Noir jak jasna cholera.

Moje teksty na Technopolis: