RSS
czwartek, 28 czerwca 2012
Kasa kasa kasa

Znajoma pochwaliła się w social networku, że sprzedała legendarne wirtualne gacie w Diablo III za 170 prawdziwych funtów brytyjskich.

Przy okazji dyskusji, która się w związku z tym rozwinęła, zakwestionowana została poczytalność kupującego. Podobne też były reakcje osób, którym tę anegdotkę przytaczałem.

Ośmielam się głośno sprzeciwić opiniom, że oto świat schodzi na psy, a ludziom się coś w główkach przestawia. I pozwalam sobie przytoczyć kilka niezależnych argumentów na poparcie swojej tezy, że tak naprawdę wszystko jest w porządku:

  1. Koleś, który kupuje wirtualne portki dla swojej postaci tylko po to, żeby w nich paradować po wirtualnym mieście w niczym nie różni się od faceta, który dla szpanu albo dla mody kupuje designerskie ciuchy albo buty z logo znanego dyktatora mody. Ludzie robili to od zawsze, tego typu szpan nie jest wymysłem XXI wieku, a świat nie tylko nie zszedł na psy, ale ma się całkiem nieźle (sans produkty firmy Apple).
    I niech mi nikt nie wciska kitu, że designerskie ciuchy są lepszej jakości od niedesignerskich. Do pewnego poziomu tak, ale te naprawdę wystawne (epickie czy legendarne, jak byśmy powiedzieli w grach MMO) już takie lepsze wcale nie są, a często wręcz przeciwnie. 
  2. Powiem więcej, nabywca tych cyfrowych spodni jest tak naprawdę o wiele zdrowszy na rozumie od snoba kupującego kolejny frak do powieszenia w szafie, bo wcale nie będzie w swoim zakupie wyłącznie paradować po mieście, ale użyje ich jako narzędzia do sprawniejszego wykonywania zajęć w swoim ulubionym hobby - czyli do zabijania smoków.
  3. I tu dochodzimy do kwestii sportu. Ktoś powiedział, że to niesportowe i nie ma satysfakcji z zabawy ani własnych osiągnięć. Też tak zawsze uważałem. Ale w momencie kiedy waluta wirtualna stała się oficjalnie wymienialna (bo nieoficjalnie to była zawsze w prawie każdej grze MMO z wystarczająco dużą bazą graczy), taki argument traci sens. Po pierwsze dlatego, że jakoś nie podnosiliśmy tego argumentu przy kupowaniu wirtualnych itemów za wirtualną kasę, mozolnie wyfarmioną w grze - a teraz różnica między kasą wirtualną a "rzeczywistą" się rozmywa. A po drugie... tu będzie anegdotka: W zeszłym tygodniu byłem w Tatrach na wycieczce pieszej. 12h łażenia, X kilometrów w poziomie, Y w pionie, ekstremalne zmęczenie, spalenie skóry (bo spodziewaliśmy się deszczu, a nie prażącego słońca) itd. Można by powiedzieć - głupota, a nie wypoczynek czy rozsądne spędzanie czasu. Ale podobnie, jak z grami komputerowymi, w hobby nie chodzi wyłącznie o rozsądek, ale m.in. o satysfakcję. 
    Rzecz w tym, że na miejsce, gdzie zaczynał się szlak, dojechaliśmy samochodem, płacąc ciężkimi "prawdziwymi" pieniędzmi za benzynę. A przecież mogliśmy dojść pieszo. Kupione na aukcji supergacie na supersmoki są tym samochodem. Pewnie, koleś mógłby je sobie sam wyfarmić, zanim by na te supersmoki polazł, ale uznał, że to zbyt żmudne, zbyt czasochłonne i wystarczy mu satysfakcji, jeśli przeskoczy ten etap grindu/farmy. Tak samo, jak my odpuściliśmy spacer wzdłuż zakopianki, chociaż na pewno byłoby to niecodzienne osiągnięcie.
    To jest dość istotna sprawa: satysfakcja z gry jest rzeczą subiektywną. Dla każdego granica, po której ta satysfakcja znika, jest w innym miejscu. Jednym wystarczy przejście na poziomie easy, a nawet po wpisaniu IDDQD, a inni cisną na hard, ale bez zabijania wrogów, z rękami zawiązanymi za plecami i wyłączonym monitorem. Oczywiście, gdzieś tam są jeszcze "dziwki acziwmentowe", dla których liczy się lans (a kto grał ze mną w WoW wie, jak ważne były dla mnie smoki za "Glory of..." i oryginalne misie z ZulAmanu), ale generalnie gramy każdy dla siebie i sami sobie ustawiamy poprzeczki. 
  4. Kolejna sprawa: "No, ale przecież to wirtualne, to tylko kilka pikseli, bitów, cząstek informacji, szkoda na to prawdziwych pieniędzy". HELLOU.
    Gdybym miał podliczyć, ile ciężko zarobionych złotówek wydałem na dobra wirtualne - książki, muzykę, filmy (obejrzane w kinie!), gry komputerowe... Ile kasy wydałem na przeróżne hobby, nawet na to, żeby wejść do tatrzańskiego parku narodowego... Umówmy się, że powyżej pewnej warstwy w piramidzie potrzeb ten argument nie jest wcale taki poważny. Ani jego druga strona: "ale płacisz za wirtualne bity na serwerach Blizzarda, prywatnej firmy". 
    Nie jestem prezesem dużej partii opozycyjnej i jak każdy normalny człowiek, trzymam pieniądze w banku, w postaci wirtualnych bitów i jakoś nie jest to powodem do wytykania palcami. A osobom, którym się wydaje, że Blizzardowi nie można ufać przypomnę trwającą od roku akcję panicznego wyciągania gotówki z greckich banków. EURO. Z europejskich banków. HELLOU AGAIN. 
  5. Ostatnim, ale nie najmniej ważnym argumentem jest fakt, że w Diablo III nie ma mechanizmu bindowania itemu po założeniu. To oznacza, że jak się znudzi, to można odsprzedać. Oczywiście najprawdopodobniej za niższą cenę, bo powoli rynek tymi przedmiotami nasiąka i popyt maleje, a poza tym Blizzard ściąga swój kilkunastoprocentowy haracz, ale zawsze. I nikogo nie będzie obchodzić, że z secondhandu. Paaaanie, funkielnówka nieśmigana, niebita i nieporysowana.

... i dlatego, Wysoki Sądzie, uważam, że w handlu wirtualnymi dobrami za "prawdziwe" pieniądze nie ma absolutnie nic zdrożnego. 

Na zdrowie!

(See what I did here w ostatnim zdaniu? Tak, przygotujmy się lepiej na to, że coraz częściej sądy będą musiały się zmierzać ze sprawami o przywłaszczenie takich wirtualnych gaci) 

Moje teksty na Technopolis: