RSS
piątek, 30 lipca 2010
En taro Adun!

Pierwsze dwa Warcrafty mnie nie zachwyciły. Traktowałem je raczej jako "Diunę 2" w świecie fantasy, ale bez ciekawej opowieści, jaką miał pierwowzór. No, "Warcrafta 2" to jeszcze pamiętam z tego, że sporo w niego pograłem z bratem na tzw. null-modemie (kochane dzieci, to było wtedy, kiedy w mieszkaniach jeszcze nie było internetu. Niektórzy nawet jeszcze nie mieli telefonu, a komórki ważyły tyle co mała cegła). Grywalność może była ciut lepsza od Westwoodowego tytułu, ale za to nie było wciagającej opowieści. Bo komu chciałoby się czytać te przewijające się po ekranie ściany tekstu? Ale owszem, odzywki jednostek już wtedy były jajcarskie :)

Potem przyszedł pierwszy "Starcraft", a niecały rok później rozszerzenie do niego. I nie można było się od niego oderwać. Tu była fabuła! Tu byli bohaterowie! To prawda, wszystko to było śmiesznie patetyczne i przerysowane, ale FFS... ta patetyczność była świetna! Opowieść o konfliktach między szlachetnymi Protosami, szumowinami z Ziemi i zwierzęcymi zergami była opowiedziana w taki sposób, że gracz nieraz sam nie wiedział, komu kibicować, a kto jest większą szują. Starcraft stał się legendą, a jego uniwersum i bohaterów nie dało się zapomnieć przez 12 lat.

W 2002 roku wyszedł "Warcraft 3". Wtedy uwierzyłem w to, że Blizzard już nie wypuści gry, która nie ma świetnej, epickiej opowieści. Świat Warcrafta, "World of Warcraft" został dopracowany jak tylko się dało. Z własnym panteonem bogów i demonów, z najprzeróżniejszymi konsekwentnymi mitologiami i jasno określoną artystyczną wizją. Jest to świat niejednokrotnie żartobliwy, ale jego budowa została potraktowana bardzo poważnie.

Gdy w 2007 roku Blizzard ogłosił, że pracuje nad "Starcraftem 2" i pokazał pierwszy filmik z gameplaya, reakcję fanów trafnie sportretował komiks UserFriendly:

userfriendly

Zobaczyliśmy tylko kawałek gry z mnóstwem jednostek, nie wiedzieliśmy jeszcze nic o fabule. Ale było wiadomo, że będzie niesamowita. Gdy trzy lata później dało się zamówić w przedsprzedaży wersję kolekcjonerską, wahałem się bardzo krótko. Tak. 390 PLN to w cholerę kasy. Nie żałuję ani złotówki. Soundtrack jest świetny. Komiks opowiadający historię Wojennych Wieprzów - klimatyczny. Artbook - prześliczny. DVD z making of na pewno obejrzę w wolnej chwili. Pendrive 2GB w postaci nieśmiertelnika Jima Raynora bajerancki. Koszulka Starcrafta II, którą dostałem z Empika ciut na mnie za duża, ale nie szkodzi :) Tylko w WoW już nie gram, więc peta nie zobaczę, niestety.

A sama gra? Pierwsze wrażenia przedstawiłem na Technopolis.

piątek, 23 lipca 2010
Konsumując popkulturę

Niedawno w internecie trafiłem na piosenkę szwedzkiej grupy metalowej Sabaton o Powstaniu Warszawskim, “Uprising”. Nie jest to mój ulubiony rodzaj muzyki, ale o zespole już coś słyszałem - było o nich głośno jakiś czas temu przy okazji inspirowanego bitwą pod Wizną utworu “40:1”.

“Uprising” można odsłuchać całkiem legalnie na stronie grupy, albo jako fanowski teledysk z “polskimi napisami” na Youtubie - ja trafiłem na tę drugą wersję. I pierwsze wrażenie było: straszny kicz, ale jednak ciary po plecach przechodzą.

A zaraz potem przyszła refleksja: jak łatwo komuś, kto się na danym rodzaju (czy wręcz subgatunku) sztuki po prostu nie zna (to np. ja i heavy-, power-, death-, whatever-metal) deprecjonować takie dzieła, nazywać je kiczem albo wręcz odmówić im prawa do bycia sztuką - tak jak Roger Ebert odmówił grom komputerowym. Co prawda Ebert już się wycofał ze swoich kategorycznych twierdzeń, ale internet pamięta i jeszcze jakiś czas będzie mu to wypominał.

Zwłaszcza kultura popularna często pada ofiarą bezmyślnego umniejszania przez takich, którzy nie mają albo ochoty, albo koniecznej wiedzy potrzebnej do spojrzenia poza atrakcyjną czy rozrywkową fasadę. Z miejsca mówimy “pop jest nie dla mnie, bo co może być wartościowego w wyczynach celebrytek typu Doda albo Lady Gaga?”. A są ludzie potrafiący właśnie tam znaleźć coś ciekawego albo rozkładać na czynniki pierwsze “A ja wolę moją mamę” Majki Jeżowskiej. Tak, tam też w końcu coś zauważyłem, jak mi się dokładnie pokazało palcem. Pewnie, i popkultura dzieli się na niższą i wyższą półkę (i kilkanaście pośrednich), ale nie sposób tego trafnie ocenić po prostu się na danej dziedzinie nie znając.

 

W sieci co jakiś czas wylewa się żale, że przyznawanie się do grania w gry wideo nie jest cool, że ciągle jest to gałąź kultury z gatunku niskich, poślednich, dla dzieci z ADHD albo nastolatków bez żadnego życia towarzyskiego i że nie ma żadnych wartości artystycznych.

A mnie osobiście bardziej boli, że nie jest cool przyznawanie się do czytania fantastyki, bo to przecież tylko biuściaste panny i miecze. Czytelnik mainstreamu, jeśli już nawet słyszał o takich pisarzach jak Tolkien czy Sapkowski, to traktuje ich raczej jako ciekawostkę, ale już nazwiska William Gibson czy Neal Stephenson nic mu nie powiedzą i nawet “Matrix” będzie wyłącznie orgią efektów specjalnych. Wielbiciel "głównego nurtu" może co prawda zachwycić się dziełami z pogranicza SF, np. "Mechaniczną Pomarańczą" czy "1984" ale pod warunkiem, że nie będą one zbytnio odbiegać od rzeczywistości - socjologiczne eksperymenty w prozie Janusza Zajdla już nie przejdą. Podobnie z fantasy - "Sen nocy letniej", "Świteź" czy nawet "Odyseja" są dla niego szkolnymi lekturami obowiązkowymi, ale przyznanie, że to czystej wody fantasy, przekracza zasoby dobrej woli.

On będzie patrzył na mnie z góry, bo przecież on czyta Tokarczuk, Marqueza albo innego Hemingwaya. On czyta powieści, które otrzymały Nike albo jeszcze lepiej: Nobla. Świetnie! A mnie szlag trafia, gdy rzeczony On uważa za wartościowe to, co napisał nasz noblista Henryk Sienkiewicz, ale nie raczy spojrzeć na “Lód” czy “Inne pieśni” Jacka Dukaja, bo to przecież fantastyka, a więc literatura popularna, bardzo niewysoka. A co jest takiego “wysokiego” w tym, że Janowi porywają Helenkę i jej szuka; Jędrusiowi Oleńkę - też jej szuka; Michał szuka Basi, Winicjusz Ligii, a Zbyszko Danusi? Jakie ten facet miał oryginalne pomysły? Czy chociaż odrobił lekcje historii opisując czasy, w których ta czy inna powieść się dzieje? Nie, stosował “licencję poetykę” jak mu się podobało i tak rozniosła się ta sienkiewiczowska wizja dziejów między Polakami i trwa aż do dnia dzisiejszego. Czy to znaczy, że należy od razu bezmyślnie Henryka potępić? Absolutnie nie. Czytać. Czytać również dlatego, że to klasyka, a klasykę znać trzeba. Henio jest ważny, bo podobnie, jak “Juliusz Słowacki wielkim poetą był” i znajomość jego twórczości będzie nam potrzebna do zrozumienia nawiązań w innych utworach.

 

Rzecz w tym, w jaki sposób dzieło (dowolne) jest konsumowane. Czy odbiorca zastanowi się, co twórca chciał przekazać, w jakich warunkach tworzył, jaki był kontekst społeczno-historyczny, jakie okoliczności? Do czego dany utwór inspiruje? Gdzie autor błądzi?

Czy też czytelnik książkę połknie bezmyślnie, a potem powie “znam, znam, czytałem / słyszałem / widziałem / niepotrzebne skreślić”...

 

A do czego mnie zainspirowała piosenka Sabatonu? Przede wszystkim do tego, abym odsłuchał ich inne utwory, a potem wyszukał informacje o wydarzeniach historycznych, o których opowiadają. W ten sposób poznałem losy 101-ej Powietrzno-Desantowej, wiem, kogo nazywano “Białą Śmiercią” i wreszcie, że sama bitwa pod Wizną być może nie wyglądała tak bohatersko, jak nas uczono. Fascynująca lekcja historii. Równie fascynująca jak te, które odrobiłem po przeczytaniu fantasy Guya Gavriela Kaya o państwie Maurów czy średniowiecznej Prowansji. W swoim tekście o nawiązaniach pisałem, że lubię je w grach komputerowych. Tak, lubię te drobne postmodernistyczne żarciki. Ale tym bardziej uwielbiam po “spożyciu” gry, piosenki, filmu czy książki zostać zmuszonym do zastanowienia się nad treścią. Nad wydarzeniami, o których dane dzieło opowiada, postępowaniem bohaterów, motywami autora czy (last not least) technicznymi środkami, którymi dany utwór został zrealizowany.

Moim zdaniem, kultura popularna nie ustępuje wartościami tej klasycznej kulturze “wysokiej” ani pod kątem treści, ani formy, ani sposobu uzyskania takiego czy innego efektu. Interesujące mogą być badania naukowe nad pierwszym akordem “Hard Day’s Night” i tak jak muzyk może się zachwycić technikami gry na gitarze Jimmiego Hendrixa, tak dla mnie jako informatyka zachwycające są niektóre techniczne aspekty gier komputerowych, na które zwykły zjadacz nie zwróci uwagi.

 

Zakończę takim przemyśleniem: zanim zaczniemy mówić, że jakiś utwór albo wręcz cały dorobek danego artysty jest kiczowaty, zastanówmy się, czy na pewno go zrozumieliśmy? Czy znamy się na tej dziedzinie sztuki?

Zanim powiemy, że wolimy Beatlesów od U2, pomyślmy, czy bardziej inspirują nas słowa “Imagine there’s no Heaven (...) and no religion too” w lewicowym manifeście Lennona, czy modlitwy typu “Gloria” bądź “Yahweh” w dorobku U2? Zakładając, że kultura popularna to tylko atrakcyjna forma bez istotnej treści, można narazić się na śmieszność i... I chciałbym tu napisać: “i przegrać wybory”, ale to chyba jednak zbyt daleko idący wniosek. :)

wtorek, 20 lipca 2010
Na szybko: Nie cierpię nie cierpieć

Tym razem coś na wesoło: filmik z jednym z czterech moich ulubionych bohaterów Left4Dead. A jak komuś przypomina się smerf Maruda, to słusznie.

 

Podoba mi się ilustracja epickimi wpadkami. Takie chwile powodują, że co druga gra w L4D obfituje w facepalmy i wybuchy śmiechu.

Tagi: machinima
11:00, zuomot
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lipca 2010
Ten o doświadczeniach użytkownika i internetowego "publicysty"

A tymczasem borem, lasem... na Polygamii ukazał się mój kolejny tl;dr...

Wziąłem na warsztat pewien techniczny aspekt gier komputerowych, konkretnie tzw. User eXperience i wyszedł straszny lament. Wręcz rant, jak to na forach mawiają. Nie mam jednak sumienia polecić go komukolwiek... nie wiem, skąd miałem siły, żeby to napisać, ale teraz nie mam sił do przeczytania.

Tym bardziej nie mogę pojąć gustów czytelników Polygamii, którzy (jak mi się wydaje) oceniają ten tekst lepiej niż moje wcześniejsze, a zdecydowanie lepsze (np copypastę notki o uzależnieniach czy ten o filmach).

Już 5 godzin tekst wisi, i nikt mnie jeszcze nie zdissował. Pewnie Ameryki nie odkryję, ale być może pierwszym prawem internetowej publicystyki powinno być zakończenie tekstu jakąś formą zdania: "A co wy o tym myślicie?"

A co wy o tym myślicie?

poniedziałek, 12 lipca 2010
Notka na szybko: Red Dead Redemption

Sure, I've got regrets.
Everybody's got regrets.
But mine are cooler.

- Sargeras

 

Gram sobie bardzo powoli w Red Dead Redemption. Zacząłem z twardym postanowieniem, że tym razem będę zły. Zawsze w grach wybierałem stronę dobrego, bo tak było łatwiej i jakoś tak naturalniej. Nawet w inFamousa grałem jako dobry (teraz żałuję, może kiedyś zagram drugą stroną). I nie chodzi mi nawet o jakąś formę odreagowania czy cuś. Po prostu miałem ochotę na mały role-play, odegranie postaci takiego Dana Dority'ego albo Silasa Adamsa z "Deadwood".

Początki nie były łatwe. Przeszkadzała konstrukcja questów i charakter samego bohatera. Owszem, można tego czy innego kolesia ożenić z kosą "bo tak", ale trudno niektóre problemy rozwiązywać w "zły" sposób. W szczególności wiele zadań w linii fabularnej wymaga rycerskości, na którą taki Dan raczej by się nie zdobył.

Dużo jest gier pozwalających wybrać ciemną stronę mocy, ale i tak zazwyczaj nagradzają one raczej dobre postępki. Red Dead Redemption nie jest tu wyjątkiem, niestety. Być może to jest też kwestia naszego uwarunkowania przez popkulturę. W filmach i książkach zazwyczaj to dobrzy są opisywani tak, że chcemy się w nich wcielić, a źli bywają łajzami (stąd mój zachwyt nad produkcjami HBO - czy to "Deadwood", czy "Rome", czy "Sopranos").

Mimo wszystko, chociaż RDR nie jest klasycznym przedstawicielem (c)RPG, dawno nie grałem w grę, w której tak dobrze by mi się wczuwało w postać - pominąwszy Heavy Rain, który jest bardziej filmem niż grą i wbrew popularnym twierdzeniom najczęstszy wybór bohaterów polega na tym, czy dane zadanie wykonają poprawnie, czy nie (i jak bardzo poprawnie lub nie). A w RDR mój John Marston jest z dokładnością do stałej takim kolesiem, jakim ja chcę, żeby był - nawet ma problem z hazardem (jak Dziki Bill Hockok) i ilekroć przechodzi koło saloonu, to wszystkie questy tracą priorytet na rzecz partyjki Texas hold'em. Tylko ta narzucona wierność zostawionej w domu żonie troszkę uwiera :)

Nie przyłączę się do chóru zachwytów nad RDR, ale powiem, że bardzo się cieszę, że ten tytuł poznałem. Zdecydowanie ważna pozycja, nawet jeśli nie wybitna. Jak to się w internetach mówi: dostarcza.

A na koniec pierdółka, która mnie wpieniła: gra tak do końca dopracowana nie jest, niestety, i nieraz pozornie dobre uczynki kończą się minusami na skali honoru. Przykład: przy drodze znajduję leżące i majaczącą Jenny, której trzeba z apteki przywieźć lekarstwo. Każdy rozsądny człowiek z miejsca posadziłby bidulę na konia i ruszył z nią do doktora. Niestety gra takiej opcji nie daje - ale od czego mamy lasso. Celuję nim w dziewczę, które na ten widok zrywa się (cudowne ozdrowienie) i zaczyna uciekać w panice. Rzucam, łapię, krępuję i wrzucam na konia. Widzi to jakiś przejeżdżający koleś i jedzie po pomoc, pomoc przybywa i zaczynają we mnie strzelać. HELLOU? Ja tylko niosę pomoc! Gonią mnie aż do miasta, gdzie galopem pędzę do "przychodni" z myślą o tym, by jak najszybciej zejść z konia, zdjąć Jenny i jak najszybciej wbiec do doktora, zanim dogoni mnie obława. Po drodze niestety wjeżdżam na checkpoint linii fabularnej i zaczyna się custscenka z szeryfem (który jest ślepy i dla którego ciągle jestem wzorowym obywatelem), a po cutscence znika i laska, i pogoń. OMG Fail. Potem wyczytałem w Wikii, że "It is possible to hogtie Jenny and return her to Armadillo. Once released, she will run back into the wilderness".

A tak całkiem na koniec ogłoszenie duszpasterskie: zmieniłem nazwę bloga... po przejrzeniu polskiej blogosfery dotyczącej gier doszedłem do wniosku, że poprzednia nazwa była zbyt pretensjonalna i szukam nowej. Obecna jest prowizoryczna i tymczasowa :)

Moje teksty na Technopolis: