RSS
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Gry dla młodocianych

Polygamia właśnie zastanawia się, jaką grę jako pierwszą należy pokazać dziecku. Co prawda w tym temacie jestem jak ten niepraktykujący gawędziarz, bo mnie akurat Dobra Bozia w swojej nieskończonej mądrości postanowiła nie błogosławić potomstwem, ale też mam jakieś własne zdanie.

Z własnego doświadczenia z 1985 roku chciałbym odpowiedzieć na powyższe pytanie tak: żadnej, niech se gówniarz sam coś napisze.

Miałem to szczęście, że ojciec miał znajomego (85 rok, rozumiecie, jak się chciało coś mieć, to się najpierw musiało mieć znajomego), który przywiózł z Austrii nowiusieńkiego ZX81, na który tam już nie było zbytu, no bo Spectrum. W ten sposób mój pierwszy personal computer pojawił się w domu, ale bez gier, za to z kserem ksera ksera jakiegoś podręcznika z listingami prostych programików typu FOR...NEXT, IF...THEN itp i instrukcjami w pięknym języku Goethego. Był nawet listing programiku typu zbijanie cegieł w murze.

Się chciało pograć, se trzeba program wklepać (potem można było go zgrać na magnetofon, ale nie było gwarancji, że się wczyta z powrotem). Dość szybko się nauczyłem najpierw powyższą grę hakować ( lol ) żeby mieć więcej żyć, a potem, metodą prób i błędów pisać własne programy (czytaj: gry), w które (9 letnim szczenięciem będąc) kazałem grać wszystkim dookoła.

Gdy już cały 1 kilobajt pamięci RAM, który oddawał do dyspozycji programisty ZX81, udało mi się wykorzystać na wszelkie sposoby, jakie mi wtedy przychodziły do głowy, w domu pojawił się ZXSpectrum. 48KB! Na Trumienkę gier było mnóstwo, ale i tak dużo czasu spędziłem nad własnymi programikami w Basicu (a później w assemblerze). A jak coś przeskrobałem, to zamiast, jak inne dzieci mieć szlaban na wyjście na dwór, rodzice zabierali mi i chowali kabel łączący komputer z telewizorem.

Kołacze mi się w zawodnej pamięci taka sytuacja, gdy ten kabel się przetarł, a ja udowodniłem rodzicom, że nie potrzebuję ekranu, żeby się dobrze bawić i "po ciemku" napisałem prosty program odgrywający "Sto lat" (co tam, że fałszując). I ten wyraz twarzy matki, ta załamka wymieszana z dumą...

Teraz, szanowni ewentualni czytelnicy - nie namawiam was do zmuszania swoich pociech do pisania jakichś zaawansowanych programów, tym bardziej, że chyba kontakt z grami dzieciaki zaczynają mieć zanim zaczną rozróżniać litery. Jednak wziąwszy pod uwagę fakt, że informatyka będzie pewnie najistotniejszą dziedziną nauki i techniki XXI wieku i po prostu nie da się przed nią uciec, może jednak warto zainwestować w nauczenie młodego pokolenia elementarnych podstaw sztuki, która będzie rządzić ich życiem?

Nauka poprzez zabawę, lub gdy zabawa jest bezpośrednim wynikiem nauczenia się czegoś, wydaje mi się jednym z lepszych rozwiązań... Marzy mi się napisanie kiedyś "Ilustrowanego lekcyjonarza każdej młodej damy", może wtedy nie będziemy musieli czytać w gazetach żenujących liścików licealistek, które nie poradziły sobie z banalnymi zadaniami na maturze z matmy?

W końcu scientia potentia est; skoro dzieciaki i tak będą grać, niech przy okazji mają z tego coś, co im w życiu pomoże.

Moje teksty na Technopolis: