RSS
wtorek, 11 stycznia 2011
Tron. Mit o stworzeniu lepszego świata.

Internauta Wiśniewski zachwyca się (słusznie!) nowym Tronem. I pięknym mitem o życiu samoistnie rodzącym się wewnątrz komputera.

Tak się składa, że akurat wczoraj w końcu udało mi się ten film obejrzeć i od tamtego czasu mój inner child ma na ryju uśmiech od ucha do ucha.

Ale tam, gdzie MRW mówi: "Ghost in the Shell", ja mówię "Avalon".

Bo jeszcze bardziej mnie porusza mit o istnieniu (lub stworzeniu) lepszego świata wewnątrz komputera, wewnątrz sieci, wewnątrz gry wideo. I próba odpowiedzi na pytanie, czy będzie nam lepiej tam (w duchu), czy tu (w gnoju)? Czy można być szczęśliwym w jednym świecie wiedząc o istnieniu drugiego?

W najważniejszej scenie pewnego bardzo ważnego filmu zdrajca mówi "ignorance is bliss", bo przeszkadza mu wiedza, że stek jest nieprawdziwy. Ma rację?

Wot, na takie melancholijne refleksje mnie naszło po obejrzeniu filmu, po którym spodziewałem się wyłącznie uczty dla oka i ucha. To będzie dobry rok, jeśli tak wspaniale się zaczął.

Tagi: film
11:58, zuomot
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 stycznia 2011
Multiplayer na konsolach? Wolne żarty.

Nie minie tydzień i okaże się, że przez kwartał nie było ani pół notki. A przecież nie jest tak, że nie ma w co grać - bo chociażby w PSN pojawił się kapitalny Tetris. W trybie wieloosobowym bardzo dynamiczna, wymagająca gierka (bo czy można to nazwać grą?).

Reguły zabawy wieloosobowej w tetrisie są proste - jeśli zrzucę 2, 3 lub 4 linie na raz, jeden z przeciwników dostanie bonusowo na dole odpowiednio 1, 2 lub 4 linie niepełne, co spowoduje, że cały usypany szajs podniesie mu się wyżej. Jeśli przeciwnicy będą na podobnym poziomie, będziemy sobie rzucać te ekstra linie co kilka (naście) sekund, aż ktoś popełni błąd i nie wygrzebie się już. Gdy runda się skończy (a zazwyczaj trwa ok 2-3 minut), mogę zagrać rewanż, co z reguły robię.

W pewnym momencie, po 10-20 grze, dochodzi potrzeba zsocjalizowania się z przeciwnikiem. Pogratulowania jakiejś ciekawej akcji albo chociaż napisania banalnego "/facepalm" po zrobieniu jakiejś głupoty. To jest normalne, że ludzie, którzy robią coś razem przez godzinę, chcą zamienić kilka słów. Chociażby podziękować za współzawodnictwo, albo zażartować na jakiś temat.

Na pececie nie ma nic prostszego - praktycznie każda gra obecnie ma coś w rodzaju czatu. Nawet flashówki miewają czaty, jeśli nie same w sobie, to przynajmniej wbudowane w serwisy, na których się znajdują - przeróżne kurniki czy kongregaty. Na PS3 mógłbym pewnie wyszukać gościa w Playstation Network, poprosić o dodanie do frendów, po czym wysłać maila... Ale wtedy pisanie "That was helluva fight last round, let's play one more" nie bardzo ma sens. I wątpię, żeby koleś pamiętał o co mi chodzi. I sam raczej nie przyjąłbym takiego zaproszenia do frendów od kogoś nieznajomego, bo nie lubię sobie social networków bezsensownie rozbudowywać.

Granie na konsolach nawet w trybie wieloosobowym jest... jednoosobowe. Każdy bawi się sobie sam, bez interakcji z innymi graczami. Zupełnie jakbym poszedł do nieznajomych na wieczorek brydża, pokerka czy nawet monopoly, i przez cały czas nie powiedział ani me ani be ani dzieńdobry ani dowidzenia, tylko palcem wskazywał, co chcę zrobić w grze. Jasne, da się. Ale jakoś to mało zachęcające.

W realu, po kilku wieczorkach z takimi wcześniej-nieznajomymi chętnie spotykam się z nimi raczej z powodów towarzyskich, a gramy przy okazji. Podobnie z ludźmi, z którymi grywam na pececie w Left 4 Dead 1 i 2. Tymczasem granie na PS3 zawsze wygląda tak samo - wbijam do gry, pomacham wajchami w ciszy i samotności i po jakimś czasie wyjdę... może wyżyty, ale raczej znudzony. A na koniec mogę do pozostałych graczy co najwyżej POMYŚLEĆ "kthxbai". Bo przekazać im tego już nie dam rady. kthxbai.

 

środa, 13 października 2010
4.0.1 hits today

Uwaga, notka biograficzno-hermetyczna.

Dzisiaj na serwerach World of Warcraft pojawia się przedrozszerzeniowa łatka, wprowadzająca nowe mechanizmy z nadchodzącego dodatku Cataclysm, jeszcze bez nowego contentu (ten pojawi się za dwa miesiące). Półoficjalnie kończy to dwuletnie życie poprzedniego rozszerzenia i dla 12 milionów graczy (albo raczej kont) oznacza znalezienie się w rozkroku między starym WoW-em i nowym.

Zastanawiałem się przez chwilę, czy z tej okazji nie wrócić do WoW-a i zebrało mi się na wspominki - w końcu ta gra zabrała mi dwa lata życia :) Nie wiem, co było w niej najfajniejsze. Moje ukochane nawiązania do (pop)kultury, moja gildia, rajdy, theorycrafting, czy last-but-not-least dramy?

O referencjach już pisałem, o numerologii stosowanej tu i ówdzie też. Po tym jednak jak przestałem grać w WoW-a, długo brakowało mi ludzi, z którymi się zżyłem - w końcu przez długi czas spędzaliśmy wspólnie 4-5h wieczorami na ventrilo i Bóg wie ile czasu na forum, nie ograniczając się bynajmniej rozmów do tematów związanych z grą. Zmierzch Lordaeronu - jakieś 35 osób, czasem mniej, czasem więcej, w większości totalnych noobów bez jakiegokolwiek przygotowania - dał radę stworzyć tzw. grupę rajdową, która po roku rajdowania w TBC potrafiła położyć Illidana, zdobyć dla większości swoich graczy misie z Zul’Amanu i w godzinach szczytu zabić Thralla (co na naszym serwerze było prawdziwym wyczynem). A po wyjściu Wrath of the Lich King zaliczyliśmy jeszcze kilka server-first achievementów rajdowych, a także po dwa udane Immortale i Undyingi (przed content-patchem Ulduarowym) i obydwa Glory of the Raider z bonusowymi smokami (też pierwsi na serwerze).

Dla kogoś, kto w WoW-a dużo nie grał, te osiągnięcia nic nie znaczą, ale nas to wówczas plasowało w czołówce polskich gildii rajdowych, o naszym serwerze nie wspominając. Oj było się czym chwalić - a lans sprawiał nam kupę frajdy. Akurat dzisiaj mijają też dwa lata od eventu, który sobie zorganizowaliśmy na zakończenie grania w The Burning Crusade, a który udało mi się uwiecznić na filmie.

(tak, wiem, z perspektywy czasu tekściki wydają się nieco infantylne, ale dla mnie ciągle mają jeszcze wartość sentymentalną)

Jako ówczesny oficer i class-leader w ZL lubię myśleć, że miałem swój wkład w te sukcesy, ale WoW jest grą, w której samodzielnie człowiek wiele nie osiągnie i potrzebna jest współpraca i jednakowe zaangażowanie całego dużego zespołu. Tego nauczyłem się w bolesny sposób w Sarmatii - mojej pierwszej gildii, z której Zmierzch Lordaeronu wyrósł. Sarmatia (gdy w ‘07 zaczynałem zabawę z WoW) była świetną społecznością indywidualistów... i tyle :) Zmierzch, poprzez narzucenie takim indywidualistom pewnego zamordyzmu, nauczył ich współpracy, polegania na sobie wzajemnie i pokazał im, jaką cholerną satysfakcję potrafi sprawić zabicie nowego bossa, na rozpracowaniu którego wcześniej spędziło się kilkanaście wieczorów.

Obecnie jednak World of Warcraft już by mnie nie cieszył. Jeśli nie liczyć rajdów, jest jakby zbyt łatwy. Ostatnio korzystając z konta żony postanowiłem sobie przypomnieć, jak to jest, jak się idzie w pięć osób “do insta” i jakimś jej altem poszedłem do Blackrock Depths. Ehhh - kiedyś jak się szło do insta, to liczył się skill, crowd control (uwielbiałem popisywać się stunlockiem na jednym czy dwóch casterach, nawet jeśli czasem kończyło się to failem). Teraz - biegniemy do grupy mobów, po drodze mag rzuci aoe, po dobiegnięciu ledwo dwa swingi wchodzą na moba i koniec, biegniemy do następnej grupy. O tym, że koleś, którego właśnie położyliśmy był bossem dowiaduję się z tego, że wypadł jakiś loot. Gdzie sens, gdzie logika, gdzie satysfakcja?

W takich okolicznościach przyrody raczej nie będę inwestować kasy w kolejny dodatek, chociaż oczywiście jestem ciekaw, co tym razem Blizzard wymyślił. Tym, którzy jednak już szykują się na podbicie kolejnego dodatku, życzę masy dobrej zabawy i wielu wymagających wyzwań.

Kwinto@Shadowsong-EU

czwartek, 30 września 2010
Fabuła, lore, klimat czy rozgrywka?

Fabuła w grach komputerowych. el-ou-el. Facet biega godzinami, skacze po dachach wbrew wszelkim zasadom fizyki, przyjmuje na klatę tonę obrażeń i zabija przeciwników setkami, jak nie tysiącami. Czasem jeszcze w okolicy 3/4 gry okazuje się, że ten jego przyjaciel, co był dobry, to tak naprawdę jest zły. Albo na odwrót. Call of Duty 5 i 6, Bad Company 2, inFamous, Assassin's Creed, Half-Life, Red Dead Redemption itd. itp. A wszystko w debilnie zaprojektowanych bezsensownych levelach, które mają za zadanie zmusić gracza do wykorzystywania jakiejś cechy mechaniki gry (np. świątynie w "Uncharted 2").

Więc jeśli nie fabuła, to co? Może zatem "lore"? Nie wiem, czy jest odpowiednie polskie słowo na określeie tła, tradycji śwata itd. Wszystko, co sprawia, że przedstawiony świat jest bardziej mięsisty. Na to składają się te wszystkie okołogrowe komiksy, filmiki (nawet intra), kompendia, albumy z artworkami itd itp. W grach ten przemysł jeszcze nie jest tak rozwinięty, jak np. w przypadku filmów StarWars (ofc poza grami na licencji StarWars), ale coraz częściej twórcy hitów dbają o to, aby te ich światy były wewnętrznie spójne i upchane ciekawymi opowieściami, które w samej grze są jedynie wzmiankowane. Blizzard zatrudnia do tego zawodowych historyków, Valve ostatnio wypuszcza świetny komiks o bohaterach Left4Dead, itd. itp. A gracze zbierają te wszystkie informacje, kompilują i umieszczają na wikia.com. Lore bywa zachwycające i niejednokrotnie poświęcałem mu więcej uwagi niż samej grze, jest jednak zabawą dla die-hard-fanów danego tytułu.

Z tym "lore" wiąże się coś, co ogólnie nazywamy klimatem gry. Czy jest smieszno, czy straszno (czy - jak w "Left4Dead" - i smieszno i straszno). Czy warstwa wizualno-dźwiękowa jest spójna i estetycznie pociągająca (np. "Braid"). Czy wpsomniane tło społeczno-historyczne jest przedstawione przekonywująco ("RDR"). Czy bohater da się lubić ("Duke Nukem", "Max Payne", "Call of Juarez 2"), a "złoczyńcy" są przekonujący ("Portal"). To są te rzeczy, które powodują, że wsiąkam w dany tytuł i polecam go na lewo i prawo.

Czasem jednak te wszystkie elementy po prostu się przejadają. Zaczyna liczyć się tylko i wyłącznie rozgrywka. Gra się w jeden, dwa tytuły wieczór w wieczór, najlepiej jakieś mecze multiplayerowe (bo, na przykład, nie jest się fanem achievementów i maksowania tytułów przez znalezienie 500 ukrytych itemów w - domyślnie głupiej - kampanii singlowej).

Dlatego właśnie mimo pojawienia się takich tytułów jak "Red Dead Redemption" czy "StarCraft II", wakacyjne wieczory, zamiast przed telewizorem, często spędzałem albo ze stałą paczką znajomych grając w obie części Left4Dead, albo z żoną, grając w "League of Legends". Odreagowałem.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Ten z relacją z tego, dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze

Ha! W końcu będąc w okolicach Warszawy miałem jakiś powód, aby odwiedzić galerię handlową.

Zachęcony przez Louvette odwiedziłem w dniu wczorajszym Złote Tarasy, gdzie odbywały się polskie finały World Cyber Games 2010. Wstęp był darmowy, w jednej z sal Multikina leciały akurat relacje z finałów Trackmanii, pozostałe finały były niestety dostępne tylko dla przedstawicieli prasy, więc jak wyglądały mecze Counter Strike'a czy Starwarsa - nie wiem. Ale swego czasu grywałem w Trackmanię Nations Forever (czyli tę darmową) i chociaż nigdy jakoś specjalnie nie wymiatałem, to wydawało mi się, że wiem, jak się jeździ. To jednak, co zobaczyłem na ekranie, przekraczało o trzy klasy moje możliwości. Szczena mi opadała przy co drugim branym na "pełnej pycie" zakręcie. To się w ogóle tak da??? Do tego fachowy i dowcipny komentator i emocje i zabawa gwarantowane większe, niż na dowolnej transmisji sportowej z mundialu.

Ale nie poszedłem tam oglądać meczy, tylko posłuchać debaty o e-sporcie i grach wideo w ogóle. W debacie uczestniczyło w niej kilka osób, które przedstawiły nieco problemów dotyczących interesującej nas dziedziny.

Problem w tym, że przedstawiały je sobie wzajemnie, a nie komuś, komu by należało, bo... pies z kulawą nogą nie był całym eventem zainteresowany. E-sportem nie są zainteresowane nie tylko media "mainstreamowe", czy "tradycyjne sportowe", ale nawet portale poświęcone samym grom komputerowym, co jest już haniebną porażką.

Bo faktycznie - chociaż to absurdalne, że w kraju, gdzie skoki narciarskie uprawia może kilkaset osób, a w Formule 1 jeździ jedna, "wszyscy" się tymi sportami ekscytują - mogę zrozumieć, że wiadomości sportowe w telewizji mają gdzieś mistrzostwa w grach komputerowych, nawet jeśli w te grają milijony i ich rynek jest nieporównywalnie większy. To wynika po prostu z tego, że w świadomości ogółu e-sport to nie sport (co jest głupie). Ale że nawet przeróżne portale growe nie zająknęły się słowem o najważniejszych chyba mistrzostwach w Polsce, a zamiast tego potraktowały nas hypem i relacjami z GamesConu, zachwycając się, jakimi nowymi tytułami wielkie koncerny będą chciały w przyszłym roku wydoić z nas kasę. No wstyd. I szkoda.

Prowadzący debatę, Edwin Bendyk z Polityki, tłumaczył trochę, że i oni jakiś czas temu pisali poważniej o e-sporcie, nawet okładkę jakiegoś numeru poświęcili tematowi, ale po prostu nie było żadnego odzewu od czytelników.

I znowu wracamy do starego jak świat problemu - gry komputerowe w opinii publicznej są dla dzieci, są niepoważne, a poświęcanie im zbyt dużej ilości czasu kosztem skakania pilotem po kanałach telewizyjnych jest patologią.

Rozmówcy w trakcie debaty podawali kilka powodów takiego stanu rzeczy:

 

  • media tradycyjne boją się konkurencji i wygryzają i/lub dyskredytują nowe dziedziny sportu lub kultury
  • kibice nie są zainteresowani, bo się nie znają na rzeczy (a tu trzeba się znać na konkretnych grach przecież, żeby docenić kunszt) - ale do cholery, czy w Formule 1 jest inaczej? A wystarczyło, żeby Kubica dostał się do teamu BMW i już mieliśmy w Polsce 20 mln znawców.
  • jeśli jakiemuś młodzieńcowi coś do łba strzeli i pójdzie ze strzelbą do szkoły, gdzie wybije pół klasy, od razu mówi się, że to z powodu gier komputerowych. Więc gry to zło, które niszczy słodziutkie niewinne duszyczki naszych pociech.
  • zaledwie 4% wydawanych tytułów to pozycje dla graczy dojrzałych. Co prawda pan Edwin, prezentujący te dane, nie zauważył, że nawet jeśli tak, to największy hype i największy obrót generują właśnie blockbusterowe pozycje "M jak Mił... Mature"/PEGI18, typu Left 4 Dead, Call of Duty, God of War itp, w które potem gra trzynastoletnia gównażeria.
  • to w sumie oczywiste, ale przecież nawet wydawcom gier i producentom sprzętu nie zależy na rozwoju e-sportu - bo ten, z natury rzeczy koncentruje się na kilku tytułach, które potem są męczone przez graczy dziesięć lat (np. CS, Starcraft), a nowy komputer kupują dopiero, gdy stary im padnie. I taki e-sportowiec nie wyda rocznie tysiąca czy dwóch na nowe pozycje.

 

Nic nowego w sumie. Ale i tak warto było posłuchać, co mają do powiedzenia "animatorzy kultury grania" i obejrzeć, jak takie finały WCG wyglądają.

piątek, 30 lipca 2010
En taro Adun!

Pierwsze dwa Warcrafty mnie nie zachwyciły. Traktowałem je raczej jako "Diunę 2" w świecie fantasy, ale bez ciekawej opowieści, jaką miał pierwowzór. No, "Warcrafta 2" to jeszcze pamiętam z tego, że sporo w niego pograłem z bratem na tzw. null-modemie (kochane dzieci, to było wtedy, kiedy w mieszkaniach jeszcze nie było internetu. Niektórzy nawet jeszcze nie mieli telefonu, a komórki ważyły tyle co mała cegła). Grywalność może była ciut lepsza od Westwoodowego tytułu, ale za to nie było wciagającej opowieści. Bo komu chciałoby się czytać te przewijające się po ekranie ściany tekstu? Ale owszem, odzywki jednostek już wtedy były jajcarskie :)

Potem przyszedł pierwszy "Starcraft", a niecały rok później rozszerzenie do niego. I nie można było się od niego oderwać. Tu była fabuła! Tu byli bohaterowie! To prawda, wszystko to było śmiesznie patetyczne i przerysowane, ale FFS... ta patetyczność była świetna! Opowieść o konfliktach między szlachetnymi Protosami, szumowinami z Ziemi i zwierzęcymi zergami była opowiedziana w taki sposób, że gracz nieraz sam nie wiedział, komu kibicować, a kto jest większą szują. Starcraft stał się legendą, a jego uniwersum i bohaterów nie dało się zapomnieć przez 12 lat.

W 2002 roku wyszedł "Warcraft 3". Wtedy uwierzyłem w to, że Blizzard już nie wypuści gry, która nie ma świetnej, epickiej opowieści. Świat Warcrafta, "World of Warcraft" został dopracowany jak tylko się dało. Z własnym panteonem bogów i demonów, z najprzeróżniejszymi konsekwentnymi mitologiami i jasno określoną artystyczną wizją. Jest to świat niejednokrotnie żartobliwy, ale jego budowa została potraktowana bardzo poważnie.

Gdy w 2007 roku Blizzard ogłosił, że pracuje nad "Starcraftem 2" i pokazał pierwszy filmik z gameplaya, reakcję fanów trafnie sportretował komiks UserFriendly:

userfriendly

Zobaczyliśmy tylko kawałek gry z mnóstwem jednostek, nie wiedzieliśmy jeszcze nic o fabule. Ale było wiadomo, że będzie niesamowita. Gdy trzy lata później dało się zamówić w przedsprzedaży wersję kolekcjonerską, wahałem się bardzo krótko. Tak. 390 PLN to w cholerę kasy. Nie żałuję ani złotówki. Soundtrack jest świetny. Komiks opowiadający historię Wojennych Wieprzów - klimatyczny. Artbook - prześliczny. DVD z making of na pewno obejrzę w wolnej chwili. Pendrive 2GB w postaci nieśmiertelnika Jima Raynora bajerancki. Koszulka Starcrafta II, którą dostałem z Empika ciut na mnie za duża, ale nie szkodzi :) Tylko w WoW już nie gram, więc peta nie zobaczę, niestety.

A sama gra? Pierwsze wrażenia przedstawiłem na Technopolis.

piątek, 23 lipca 2010
Konsumując popkulturę

Niedawno w internecie trafiłem na piosenkę szwedzkiej grupy metalowej Sabaton o Powstaniu Warszawskim, “Uprising”. Nie jest to mój ulubiony rodzaj muzyki, ale o zespole już coś słyszałem - było o nich głośno jakiś czas temu przy okazji inspirowanego bitwą pod Wizną utworu “40:1”.

“Uprising” można odsłuchać całkiem legalnie na stronie grupy, albo jako fanowski teledysk z “polskimi napisami” na Youtubie - ja trafiłem na tę drugą wersję. I pierwsze wrażenie było: straszny kicz, ale jednak ciary po plecach przechodzą.

A zaraz potem przyszła refleksja: jak łatwo komuś, kto się na danym rodzaju (czy wręcz subgatunku) sztuki po prostu nie zna (to np. ja i heavy-, power-, death-, whatever-metal) deprecjonować takie dzieła, nazywać je kiczem albo wręcz odmówić im prawa do bycia sztuką - tak jak Roger Ebert odmówił grom komputerowym. Co prawda Ebert już się wycofał ze swoich kategorycznych twierdzeń, ale internet pamięta i jeszcze jakiś czas będzie mu to wypominał.

Zwłaszcza kultura popularna często pada ofiarą bezmyślnego umniejszania przez takich, którzy nie mają albo ochoty, albo koniecznej wiedzy potrzebnej do spojrzenia poza atrakcyjną czy rozrywkową fasadę. Z miejsca mówimy “pop jest nie dla mnie, bo co może być wartościowego w wyczynach celebrytek typu Doda albo Lady Gaga?”. A są ludzie potrafiący właśnie tam znaleźć coś ciekawego albo rozkładać na czynniki pierwsze “A ja wolę moją mamę” Majki Jeżowskiej. Tak, tam też w końcu coś zauważyłem, jak mi się dokładnie pokazało palcem. Pewnie, i popkultura dzieli się na niższą i wyższą półkę (i kilkanaście pośrednich), ale nie sposób tego trafnie ocenić po prostu się na danej dziedzinie nie znając.

 

W sieci co jakiś czas wylewa się żale, że przyznawanie się do grania w gry wideo nie jest cool, że ciągle jest to gałąź kultury z gatunku niskich, poślednich, dla dzieci z ADHD albo nastolatków bez żadnego życia towarzyskiego i że nie ma żadnych wartości artystycznych.

A mnie osobiście bardziej boli, że nie jest cool przyznawanie się do czytania fantastyki, bo to przecież tylko biuściaste panny i miecze. Czytelnik mainstreamu, jeśli już nawet słyszał o takich pisarzach jak Tolkien czy Sapkowski, to traktuje ich raczej jako ciekawostkę, ale już nazwiska William Gibson czy Neal Stephenson nic mu nie powiedzą i nawet “Matrix” będzie wyłącznie orgią efektów specjalnych. Wielbiciel "głównego nurtu" może co prawda zachwycić się dziełami z pogranicza SF, np. "Mechaniczną Pomarańczą" czy "1984" ale pod warunkiem, że nie będą one zbytnio odbiegać od rzeczywistości - socjologiczne eksperymenty w prozie Janusza Zajdla już nie przejdą. Podobnie z fantasy - "Sen nocy letniej", "Świteź" czy nawet "Odyseja" są dla niego szkolnymi lekturami obowiązkowymi, ale przyznanie, że to czystej wody fantasy, przekracza zasoby dobrej woli.

On będzie patrzył na mnie z góry, bo przecież on czyta Tokarczuk, Marqueza albo innego Hemingwaya. On czyta powieści, które otrzymały Nike albo jeszcze lepiej: Nobla. Świetnie! A mnie szlag trafia, gdy rzeczony On uważa za wartościowe to, co napisał nasz noblista Henryk Sienkiewicz, ale nie raczy spojrzeć na “Lód” czy “Inne pieśni” Jacka Dukaja, bo to przecież fantastyka, a więc literatura popularna, bardzo niewysoka. A co jest takiego “wysokiego” w tym, że Janowi porywają Helenkę i jej szuka; Jędrusiowi Oleńkę - też jej szuka; Michał szuka Basi, Winicjusz Ligii, a Zbyszko Danusi? Jakie ten facet miał oryginalne pomysły? Czy chociaż odrobił lekcje historii opisując czasy, w których ta czy inna powieść się dzieje? Nie, stosował “licencję poetykę” jak mu się podobało i tak rozniosła się ta sienkiewiczowska wizja dziejów między Polakami i trwa aż do dnia dzisiejszego. Czy to znaczy, że należy od razu bezmyślnie Henryka potępić? Absolutnie nie. Czytać. Czytać również dlatego, że to klasyka, a klasykę znać trzeba. Henio jest ważny, bo podobnie, jak “Juliusz Słowacki wielkim poetą był” i znajomość jego twórczości będzie nam potrzebna do zrozumienia nawiązań w innych utworach.

 

Rzecz w tym, w jaki sposób dzieło (dowolne) jest konsumowane. Czy odbiorca zastanowi się, co twórca chciał przekazać, w jakich warunkach tworzył, jaki był kontekst społeczno-historyczny, jakie okoliczności? Do czego dany utwór inspiruje? Gdzie autor błądzi?

Czy też czytelnik książkę połknie bezmyślnie, a potem powie “znam, znam, czytałem / słyszałem / widziałem / niepotrzebne skreślić”...

 

A do czego mnie zainspirowała piosenka Sabatonu? Przede wszystkim do tego, abym odsłuchał ich inne utwory, a potem wyszukał informacje o wydarzeniach historycznych, o których opowiadają. W ten sposób poznałem losy 101-ej Powietrzno-Desantowej, wiem, kogo nazywano “Białą Śmiercią” i wreszcie, że sama bitwa pod Wizną być może nie wyglądała tak bohatersko, jak nas uczono. Fascynująca lekcja historii. Równie fascynująca jak te, które odrobiłem po przeczytaniu fantasy Guya Gavriela Kaya o państwie Maurów czy średniowiecznej Prowansji. W swoim tekście o nawiązaniach pisałem, że lubię je w grach komputerowych. Tak, lubię te drobne postmodernistyczne żarciki. Ale tym bardziej uwielbiam po “spożyciu” gry, piosenki, filmu czy książki zostać zmuszonym do zastanowienia się nad treścią. Nad wydarzeniami, o których dane dzieło opowiada, postępowaniem bohaterów, motywami autora czy (last not least) technicznymi środkami, którymi dany utwór został zrealizowany.

Moim zdaniem, kultura popularna nie ustępuje wartościami tej klasycznej kulturze “wysokiej” ani pod kątem treści, ani formy, ani sposobu uzyskania takiego czy innego efektu. Interesujące mogą być badania naukowe nad pierwszym akordem “Hard Day’s Night” i tak jak muzyk może się zachwycić technikami gry na gitarze Jimmiego Hendrixa, tak dla mnie jako informatyka zachwycające są niektóre techniczne aspekty gier komputerowych, na które zwykły zjadacz nie zwróci uwagi.

 

Zakończę takim przemyśleniem: zanim zaczniemy mówić, że jakiś utwór albo wręcz cały dorobek danego artysty jest kiczowaty, zastanówmy się, czy na pewno go zrozumieliśmy? Czy znamy się na tej dziedzinie sztuki?

Zanim powiemy, że wolimy Beatlesów od U2, pomyślmy, czy bardziej inspirują nas słowa “Imagine there’s no Heaven (...) and no religion too” w lewicowym manifeście Lennona, czy modlitwy typu “Gloria” bądź “Yahweh” w dorobku U2? Zakładając, że kultura popularna to tylko atrakcyjna forma bez istotnej treści, można narazić się na śmieszność i... I chciałbym tu napisać: “i przegrać wybory”, ale to chyba jednak zbyt daleko idący wniosek. :)

wtorek, 20 lipca 2010
Na szybko: Nie cierpię nie cierpieć

Tym razem coś na wesoło: filmik z jednym z czterech moich ulubionych bohaterów Left4Dead. A jak komuś przypomina się smerf Maruda, to słusznie.

 

Podoba mi się ilustracja epickimi wpadkami. Takie chwile powodują, że co druga gra w L4D obfituje w facepalmy i wybuchy śmiechu.

Tagi: machinima
11:00, zuomot
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lipca 2010
Ten o doświadczeniach użytkownika i internetowego "publicysty"

A tymczasem borem, lasem... na Polygamii ukazał się mój kolejny tl;dr...

Wziąłem na warsztat pewien techniczny aspekt gier komputerowych, konkretnie tzw. User eXperience i wyszedł straszny lament. Wręcz rant, jak to na forach mawiają. Nie mam jednak sumienia polecić go komukolwiek... nie wiem, skąd miałem siły, żeby to napisać, ale teraz nie mam sił do przeczytania.

Tym bardziej nie mogę pojąć gustów czytelników Polygamii, którzy (jak mi się wydaje) oceniają ten tekst lepiej niż moje wcześniejsze, a zdecydowanie lepsze (np copypastę notki o uzależnieniach czy ten o filmach).

Już 5 godzin tekst wisi, i nikt mnie jeszcze nie zdissował. Pewnie Ameryki nie odkryję, ale być może pierwszym prawem internetowej publicystyki powinno być zakończenie tekstu jakąś formą zdania: "A co wy o tym myślicie?"

A co wy o tym myślicie?

poniedziałek, 12 lipca 2010
Notka na szybko: Red Dead Redemption

Sure, I've got regrets.
Everybody's got regrets.
But mine are cooler.

- Sargeras

 

Gram sobie bardzo powoli w Red Dead Redemption. Zacząłem z twardym postanowieniem, że tym razem będę zły. Zawsze w grach wybierałem stronę dobrego, bo tak było łatwiej i jakoś tak naturalniej. Nawet w inFamousa grałem jako dobry (teraz żałuję, może kiedyś zagram drugą stroną). I nie chodzi mi nawet o jakąś formę odreagowania czy cuś. Po prostu miałem ochotę na mały role-play, odegranie postaci takiego Dana Dority'ego albo Silasa Adamsa z "Deadwood".

Początki nie były łatwe. Przeszkadzała konstrukcja questów i charakter samego bohatera. Owszem, można tego czy innego kolesia ożenić z kosą "bo tak", ale trudno niektóre problemy rozwiązywać w "zły" sposób. W szczególności wiele zadań w linii fabularnej wymaga rycerskości, na którą taki Dan raczej by się nie zdobył.

Dużo jest gier pozwalających wybrać ciemną stronę mocy, ale i tak zazwyczaj nagradzają one raczej dobre postępki. Red Dead Redemption nie jest tu wyjątkiem, niestety. Być może to jest też kwestia naszego uwarunkowania przez popkulturę. W filmach i książkach zazwyczaj to dobrzy są opisywani tak, że chcemy się w nich wcielić, a źli bywają łajzami (stąd mój zachwyt nad produkcjami HBO - czy to "Deadwood", czy "Rome", czy "Sopranos").

Mimo wszystko, chociaż RDR nie jest klasycznym przedstawicielem (c)RPG, dawno nie grałem w grę, w której tak dobrze by mi się wczuwało w postać - pominąwszy Heavy Rain, który jest bardziej filmem niż grą i wbrew popularnym twierdzeniom najczęstszy wybór bohaterów polega na tym, czy dane zadanie wykonają poprawnie, czy nie (i jak bardzo poprawnie lub nie). A w RDR mój John Marston jest z dokładnością do stałej takim kolesiem, jakim ja chcę, żeby był - nawet ma problem z hazardem (jak Dziki Bill Hockok) i ilekroć przechodzi koło saloonu, to wszystkie questy tracą priorytet na rzecz partyjki Texas hold'em. Tylko ta narzucona wierność zostawionej w domu żonie troszkę uwiera :)

Nie przyłączę się do chóru zachwytów nad RDR, ale powiem, że bardzo się cieszę, że ten tytuł poznałem. Zdecydowanie ważna pozycja, nawet jeśli nie wybitna. Jak to się w internetach mówi: dostarcza.

A na koniec pierdółka, która mnie wpieniła: gra tak do końca dopracowana nie jest, niestety, i nieraz pozornie dobre uczynki kończą się minusami na skali honoru. Przykład: przy drodze znajduję leżące i majaczącą Jenny, której trzeba z apteki przywieźć lekarstwo. Każdy rozsądny człowiek z miejsca posadziłby bidulę na konia i ruszył z nią do doktora. Niestety gra takiej opcji nie daje - ale od czego mamy lasso. Celuję nim w dziewczę, które na ten widok zrywa się (cudowne ozdrowienie) i zaczyna uciekać w panice. Rzucam, łapię, krępuję i wrzucam na konia. Widzi to jakiś przejeżdżający koleś i jedzie po pomoc, pomoc przybywa i zaczynają we mnie strzelać. HELLOU? Ja tylko niosę pomoc! Gonią mnie aż do miasta, gdzie galopem pędzę do "przychodni" z myślą o tym, by jak najszybciej zejść z konia, zdjąć Jenny i jak najszybciej wbiec do doktora, zanim dogoni mnie obława. Po drodze niestety wjeżdżam na checkpoint linii fabularnej i zaczyna się custscenka z szeryfem (który jest ślepy i dla którego ciągle jestem wzorowym obywatelem), a po cutscence znika i laska, i pogoń. OMG Fail. Potem wyczytałem w Wikii, że "It is possible to hogtie Jenny and return her to Armadillo. Once released, she will run back into the wilderness".

A tak całkiem na koniec ogłoszenie duszpasterskie: zmieniłem nazwę bloga... po przejrzeniu polskiej blogosfery dotyczącej gier doszedłem do wniosku, że poprzednia nazwa była zbyt pretensjonalna i szukam nowej. Obecna jest prowizoryczna i tymczasowa :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Moje teksty na Technopolis: