RSS
środa, 23 czerwca 2010
Cześć, jestem ... i jestem uzależniony

W sieci pojawił się taki filmik reklamujący najnowszą Cywilizację 5:

Pytanie brzmi: czy można się tak napierdalać z realnego problemu? Przeraża mnie trochę lekkość, z jaką środowisko graczy (i społeczeństwo generalnie) podchodzi do kwestii uzależnienia od gier komputerowych. Przeraża mnie tym bardziej, że sam zderzyłem się z tym problemem w World of Warcraft, gdzie w pewnym momencie musiałem sobie powiedzieć "Stop!", bo zacząłem tracić kontrolę nad czasem poświęconym grze. Oczywiście to jeszcze było far from extreme: nadal się myłem, wychodziłem z psem, pracowałem, spotykałem ze znajomymi (chociaż to akurat coraz mniej). Ale już podczas tych czynności zdarzało mi się wracać myślami do tego, co zrobi moja postać, gdy w końcu będę mógł się zalogować.

Być może sam nie byłem tak do końca uzależniony, bo po kilku miesiącach powstrzymywania się od gry mogłem do niej wrócić. Po powrocie grałem jakiś rok być może intensywnie, ale jednak w ograniczonym czasie, po czym odszedłem i bez większego żalu już do niej nigdy nie wróciłem. No dobra, z żalem, ale nie za samą grą, a raczej za kontaktem ze znajomymi z całej Polski, z którymi w Azeroth spędzałem kilkanaście godzin tygodniowo i przede wszystkim za niedokończonymi projektami programistycznymi i filmowymi związanymi z samą grą :)

Widziałem jednak na własne oczy i czytałem autentyczne historie ludzi, którzy do tego stopnia poświęcali się WoW-owi, że tracili kontakt z rzeczywistością. Niestety, problem uzależnienia to nie jest jedynie straszak, którym ojciec dyrektor straszy moherowe babcie, aby zamiast dać wnusiowi na grę, wysłały przekazy do radia. Historie opisywane na WoWDetox są autentyczne. Historie, gdy ktoś grozi samobójstwem, jeśli Blizzard nie zaimplementuje poprawek podnoszących współczynniki jego postaci - są autentyczne. Osobną kwestią są dziewczęta oferujące ciało za wirtualną kasę - to akurat traktuję jako śmieszną ciekawostkę (albo nawet legendę urbana, nigdy nie chciało mi się dociekać).

Nie mam zamiaru ani jeździć po Blizzardzie (który i tak daje jakieś tam mechanizmy kontroli czasu grania i/lub premiuje przerwy w grze), ani po WoW-ie, który nie jest wcale taki najmocniejszy w uzależnianiu. Uzależnieni bywają konsolowcy i pecetowcy, grający w MMO i w shootery. Problemem jest to, że nie mamy wykształconych żadnych odruchów obronnych przeciwko nadmiernemu poświęcaniu życia pewnym jego aspektom. Nie mówi się o głośno o tym, że gry mogą rujnować życie i zdrowie tak samo, jak papierosy czy alkohol, minister zdrowia nie przestrzega, a rodzice mają serdecznie w dupie to, w co (i ile) grają ich pociechy.

Nie zdziwiłbym się, gdyby za 20 lat zaczęła się fala pozwów sądowych do wydawców o zniszczone zdrowie czy życie, podobnie jak miało to miejsca z przemysłem tytoniowym.

Oczywiście, gry komputerowe są świetne. Stymulują rozwój, uczą, dostarczają relaksu, rozrywki, wrażeń estetycznych. Budzą emocje. Wymagają "skilla", pobudzają chęci osiągania sukcesów. Szacunek należy się tym, którzy potrafią granie wynosić na poziom mistrzowski i osiągać rzeczy dla zwykłych casuali nieosiągalne. Nie są nic gorsi od mistrzów piłki nożnej czy wirtuozów skrzypiec. Mają hobby, mają talent, osiągają sukcesy, które dla zwykłych zjadaczy chleba są jakąś tam inspiracją. Ważne tylko, aby nie byli nolajfami, aby mieli jakieś życie obok komputera czy konsoli i nie strzelali rodzicom w głowy, gdy ci ich odetną od iksboksa.

Gry są ważnym elementem naszej kultury (czy to się Ebertowi podoba, czy nie :) ). Daj panie Boże, aby rozwijały się jak najlepiej, jak cała zachodnia cywilizacja. Ale daj też, abyśmy umieli z nich korzystać mądrze i z umiarem.

BTW też nie mogłem się powstrzymać i zarżałem, jak koleś na powyższym filmiku powiedział: "Chcę spędzać więcej czasu z żoną i dwójką naszych ślicznych dzieci", po czym żona poprawiła: "Mamy troje dzieci". Kurde, ile smaku jest w żartowaniu z rujnujących sobie życie narkomanów, albo umierających na raka palaczy?

poniedziałek, 21 czerwca 2010
Kto stoi za czwartą ścianą?

Wena mnie trochę siadła ostatnio, co poskutkowało miesiącem bez wpisów praktycznie. Dorzućmy do tego różne obowiązki domowe (Red Dead Redemption sam się nie przejdzie, do tego wbiłem małego calaczka we Flower, napocząłem Hustle Kings, poznałem League of Legends i... ciągle zbyt dużo czasu spędzam w Left4Dead) i już widać, że poza weną brakło też czasu. O pierdołach typu urządzanie tarasu, zastanawianie się nad meblami do pokojów itp. nawet nie chce mi się pisać, bo tylko krew się niepotrzebnie gotuje i żyłka mi skacze. Szczęście, że mam taką łaskawą i wyrozumiałą żonę, bo inna już dawny by z siebie wyszła...

Ale ale... have no fear, Zuomot is here. Żeby całkiem nie wyjść z wprawy, odkurzyłem tekst sprzed miesiąca, który właśnie pojawił się na Technopolis - zapraszam do czytania.

środa, 26 maja 2010
Prince of Movies Based On Games

Ura, ura!

W końcu doczekaliśmy się filmu bazującego na grze komputerowej, który nie jest bezlitośnie gnojony przez widzów i krytyków. A ja nie wiem, czemu.

Lubię filmy bazujące na grach. Wiem, że są cienkie jak dupa węża, nie oczekuje po nich żadnej głębi, więc też się nie zawodzę srodze. Widziałem pozycje lepsze i gorsze, pisałem o tym już i na blogu i na Polygamii i z pewną taką nadzieją oczekiwałem na ekranizację Księcia.

Nadzieją nie na to, że to będzie dobry film, ale na to, że nie zostanie automatycznie zjechany przez odbiorców. Bo za realizacją stoją duże pieniądze i doświadczeni twórcy. Wyszło na to, że moje oczekiwania zostały w końcu spełnione. Prince of Persia broni się całkowicie jako widowisko. Jest efektownie, jest szybko, człowiek się nie nudzi. Bardzo ładna realizacja odwraca uwagę od miejscami bzdurnej fabuły - hej! to co prawda jest normą w grach komputerowych, ale nie sądzę, aby było to takim postmodernistycznym zabiegiem twórców - "wiecie, mogliśmy zrobić fabułę lepszą, ale chcieliśmy nawiązać do źródła filmu".

Pomijając aspekt "growy" - oczywiście nie da się uniknąć porównań z Piratami z Karaibów, i ja to też zrobię. Widzę trzy różnice na korzyść Piratów:

1. klimaty pirackie > klimaty persko-parkourowe
2. Johnny Depp
3. Mniej dziur w fabule

I widzę różnice na korzyść Księcia:

1. Muzyka - Badelt jest dla mnie nierozróżnialny od Zimmera. Lubię ich muzykę, ale poza bardzo nielicznymi kawałkami wszystkie brzmią identycznie i niejednokrotnie przesłaniają to, co się dzieje na ekranie. Muzykę do Prince'a pisał Gregson-Williams (nam, graczom, znany między innymi z Call of Duty 4: Modern Warfare), który co prawda też (podobnie jak Badelt) pracował kiedyś dla Zimmera, ale jednak cenię go sobie dużo bardziej. Muzyka Gregsona-Williamsa jest świetnym uzupełnieniem tego, co się dzieje na ekranie, nawet jeśli nie ma jakiegoś monumentalnego leitmotivu.

2. Aktorzy grający główne role w Księciu (których nazwiska nie są jeszcze wystarczająco głośne, abym zapamiętał) są troszkę bardziej sympatyczni niż para Bloom i Knightley. Nawet, jeśli nie mam specjalnie dużych zastrzeżeń ani do pani Keiry ani do pana Orlanda.

3. NIE MA standardowych disneyowskich etatowych debili. Kojarzycie? W Piratach było dwóch takich wśród duchów i kolejna dwójka w marynarce. Rzygać mi się chciało. Na szczęście nie ma ich w Księciu Persji i to jest największy plus tego filmu w stosunku do Piratów.

Podsumowując: bawiłem się dobrze. Problem polega na tym, że ja się zazwyczaj dobrze bawię na tego typu filmach. I za cholerę nie mogę zrozumieć, czemu ten film zbiera raczej pozytywne opinie, a taki Max Payne - wręcz przeciwnie. Czy o wszystkim decydują pieniądze i rozmach, a fabuła i przekazywana treść nie ma żadnego znaczenia?

 

poniedziałek, 17 maja 2010
Symulacje rzeczywistości: architektura

Theorycrafting, o którym kiedyś pisałem, nie musi służyć tylko temu, jak wycisnąć najwięcej damage-per-second. Czasem efekty, które można dzięki niemu osiągnąć, potrafią zjeżyć włosy na głowie.

Tower Bloxx

Gdy jakiś czas temu wymieniłem wysłużonego Sony Ericssona na nową Nokię, znalazłem tam ciekawą gierkę pt. City Bloxx. Gra jest z jednej strony zręcznościowa i zasadniczo chodzi w niej o zrzucanie kolejnych pięter budynku tak, aby osiadły na już istniejącym wieżowcu. Najciekawsze jest jednak planowanie budynków na szachownicy 5x5, których mogą być cztery typy: niebieskie, które można budować gdziekolwiek, czerwone, które mogą być stawiane tylko przy niebieskich, zielone, które muszą sąsiadować z niebieskimi i czerwonymi na raz, i na koniec żółte, które można umieścić tylko między niebieskim, zielonym i czerwonym budynkiem. Oczywiście żółte są najwyższe, potem zielone, czerwone i na końcu niebieskie.

O ile samo budowanie wieżowców jest po jakimś czasie nudne i/lub frustrujące, to odłożenie telefonu i wzięcie do ręki długopisu i kartki w kratkę już potrafi zająć na dłużej. Zadanie: jak zbudować optymalne miasto, mające jak najwyższe budynki? Swoich wyników już nie pamiętam, ale zainteresowany czytelnik znajdzie dużo rozwiązań na sieci.

Teraz: dlaczego o tym wspomniałem? Znalazłem na GameCornerze to wideo:

I wywiad z kolesiem, który ten filmik zrobił. Facet poświęcił kupę czasu na to, aby opracować teoretyczne podstawy dla budowy największego miasta, na jakie pozwala gra SimCity 3000, a potem to miasto zbudował. Przerażające miejsce do życia w.

Tak, można się spierać, że gra jest bardzo niedokładnym modelem rzeczywistości i że tak naprawdę nikt by nie zbudował miasta w oparciu o taką symulację. Nic bardziej mylnego. Modernistyczni architekci budowali całe osiedla w oparci o dużo słabiej wymodelowane chciejstwa, a później, z powodu rosnącej biedy, wandalizmu i przestępczości trzeba było je wyburzać.

Gość od powyższego filmiku jeszcze nie jest nowym Le Corbusierem, ale biorąc pod uwagę fakt, że gry komputerowe są coraz bardziej skompikowane, nie zdziwiłbym się, gdyby czołowymi architektami XIX wieku, którzy dopiero nadejdą, zostali gracze wytrenowani na jakiejś odmianie SinCity przyszłości.

Piękne, czy przerażające?

 

wtorek, 11 maja 2010
Uwielbiam zapach skojarzeń

W czytanych książkach czy oglądanych filmach lubię szukać odniesień do (pop)kultury czy historii. Każde znalezione nawiązanie daje wrażenie, jakby autor dzieła mrugał okiem do odbiorcy. Przełamuje formę utworu i ukazuje jego kolejną warstwę dodając postmodernistycznego smaczku do całego dania. Takie odwołania do  historii  czy bieżących wydarzeń mogą być formą komentarza rzeczywistości (np. cykl wiedźmiński Sapkowskiego), lub bezpardonowo walącym po oczach product placementem, jak reklama firmy obuwniczej - również u Sapkowskiego, tym razem w trylogii husyckiej. Wszystko jest kwestią wyczucia.

Ciąg dalszy mojego debiutu w Technopolis, growym serwisie Polityki, tutaj.

piątek, 23 kwietnia 2010
Polityka: Dozwolone od lat osiemnastu

Ja cię, mainstreamowe media zauważają, że gracze dorośli też mają swoje potrzeby: Całkiem niezły tekst (chociaż po łebkach, bo krótki) do przeczytania tutaj.

środa, 21 kwietnia 2010
Ekranizacja gry :)

Kopypasta z GameCornera, ale po prostu tak śliczna, że nie mogłem się powstrzymać.

Tagi: film
21:23, zuomot
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
E-gra-nizacje nie są gorsze od samych gier

W GameCornerze pojawiło się dziś QQ na temat tego, że nie ma dobrych ekranizacji gier komputerowych.

Bzdura za bzdurą. Poza oczywistym stwierdzeniem, że Uwe Boll robi żenująco słabe filmy, to problem leży w tym, że gry komputerowe są po prostu ciągle słabym materiałem na film.

Przykład: Max Payne - "Niestety ktoś uznał, że lepiej przyciąć historię i wrzucić parę fajnych strzelanin". Fabuła obu gier o Maksie Payne (i jej przedstawienie) jest dla mnie wzorcem, który powinien być wystawiony za szybką gdzieś w Sevres, aby designerzy i developerzy przychodzili i podziwiali, zanim się zabiorą za robienie swoich. I bez wahania poszedłem na ten film do kina. I nie zawiodłem się.

Dlaczego? Bo my, gracze, często tak się jaramy dobrą fabułą do gry, że po prostu zapominamy, że jest ona po prostu wypełniaczem głupiej, bezsensownej napierdalanki. W której bohater w pojedynkę (czasem w teamie, ale... sami wiecie, jak boty są pomocne - i tak wszystko musimy robić sami) zabija setkami takich czy innych wrogów. Gry o zajebiście dobrych fabułach (Max Payne, CoD4:MW, a nawet taki Another World) są de facto głupimi i naiwnymi strzelankami. I jeżeli na ich podstawie robiony jest film, to nie można od niego oczekiwać dzieła na miarę Almodovara czy nawet Tarantino. Bo wtedy film nie będzie na podstawie gry.

Często wręcz filmy są lepsze od gier. Dla przykładu - Mortal Kombat (pierwszy). Fabularnie głupi jak but... ale czy ktoś myślał, że fabuła MK jest mądra? Nie. Dlatego jak długo od gier będziemy oczekiwać głównie rozrywki, tak długo one po prostu nie będą dobrym materiałem na film.

niedziela, 18 kwietnia 2010
Gry mogą sprawić, że świat będzie lepszy

Przekonują mnie argumenty tej pani.

środa, 14 kwietnia 2010
Granie to sport. Ze wszystkimi jego wadami.

Massca na Zagraconych.pl popełnił ciekawy wpis sugerujący, że gry komputerowe nie są sportem, ponieważ nie łączą się z ruchem. Nie zgadzam się z tym zupełnie. Pomijając już oczywiste argumenty typu "Dance Dance Revolution" czy Wii Fit, sport oznacza dowolną aktywność (niekoniecznie fizyczną) związaną ze współzawodnictwem. A więc współczesne gry komputerowe również.

Po pierwsze: podobnie jak wiele sportów, gry wymagają tak refleksu jak i precyzji, talentu i nieraz długotrwałych treningów, wiedzy o dyscyplinie i szybkiej adaptacji taktyk. Jednym słowem "skilla".

Po drugie: w gry komputerowe w XXI wieku coraz rzadziej gra się samemu dla siebie. Owszem, ciągle zdarzają się takie przypadki, ale jednak coraz bardziej liczy się współzawodnictwo. Zrobić coś szybciej, lepiej, nabić więcej fragów, odblokować więcej "acziwmentów" itp.

Po trzecie: ESL i inne ligi. Starcraft jako niemal narodowa konkurencja w Korei Południowej. Organizacje zawodowe i całkiem amatorskie. Najlepsi gracze jako celebryci i twarze do reklamowania produktów. Afery związane ze sprzedawaniem meczy. Czy nie znamy tego z bardziej "tradycyjnych" sportów?

Po czwarte: Jeśli sportem jest brydż czy szachy, jeśli sportem są konkursy pianistyczne, to czemu nie gry komputerowe?

Oczywiście, niestety często spędzanie zbyt dużej ilości czasu przed monitorem czy telewizorem kończy się powolną utratą wzroku, otyłością, skoliozą czy atrofią mięśni (albo wszystkim na raz) i generalną szkodą dla zdrowia - ale nie oszukujmy się - profesjonalne uprawianie boksu czy futbolu amerykańskiego też nie ma ze zdrowiem wiele wspólnego. Nawet głupie bieganie może źle wpływać na stawy kolanowe.

Istotne jest to, aby umieć znaleźć proporcje między sportem a rekreacją. Co napisawszy, zapraszam wszystkich do ruszenia czterech liter z kanapy.

1 , 2 , 3 , 4 , 5
Moje teksty na Technopolis: